Pokaż pasek boczny

Wampirze szczęki

Napisano przez dnia 13 marca 2017 w Proza

Wampirzy lord przechadzał się po swoich komnatach, gdy nagle tuż obok zmaterializował się jego przydupas, Marley. Był to średni stażem wampir o mocno wyłupiastych oczach. Przestraszył nawet swojego szefa.
– Nie pojawiaj się tak nagle w mojej komnacie. To stresujące. Jeszcze dostanę zawału.
– Przecież już nie żyjesz, mój panie.
– Tak? To skąd historia o osinowym kołku i przebijaniu serc?
– Gdybyś żył, to dawno wyssałbyś swoją krew i umarł.
– Już ci mówiłem, że zawsze mam rację.
– Tak, szefie.
– Zrobiłeś, o co cię prosiłem? Znalazłeś informacje, jak przestać być wampirem?
– Przeczytałem wiele ksiąg. Wszędzie piszą o tym, że najlepszy sposób to ucięcie głowy albo przebicie osikowym kołkiem.
– A coś mniej drastycznego? Takie sposoby to zapewni mi pierwszy lepszy łowca.
Marley tylko pokręcił głową. Lord przewrócił oczami i uderzył pięścią w biurko. Jego podwładni się nie spisywali.
– Za co ja ci płacę? Chyba sam prędzej znajdę rozwiązanie.
– Nie, nie, szefie. Poprawię się.
– Mam dziwne wrażenie, że wcale nie chcesz przestać być wampirem. Spodobało ci się wysysanie krwi z bydła? Bądź choć trochę człowiekiem.
– Przecież już nim nie jestem od przeszło czterdziestu lat.
– Staraj się. Czy to, że nie żyjesz usprawiedliwia twoje zachowanie? Spójrz na mnie. Nadal jestem bardziej ludzki niż ty.
– Gdyby tak nie te ostre kły, spiczaste uszy, pomarszczona twarz trupa i czerwone oczy, nie byłoby różnicy.
– Wracaj do roboty albo nie dostaniesz swojej działki krwi! – ryknął Lord. Marley zniknął w obłoku syczącej pary. Zamiast niego pojawił się nietoperz i szybko uleciał przez okno w ciemność nocy.
Lord usiadł w wyściełanym fotelu przy starym dębowym biurku. Ozdobione ornamentami nadawało komnacie odpowiedniego klimatu. Ściany pomieszczenia pokrywały czerwono-czarne arrasy, a na podłodze leżał gruby dywan. W ciemnym rogu stała zaś jakaś postać. Lord wzdrygnął się. Pierwszy raz widział ducha.
– Kim jesteś? – zapytał upiora. – Odejdź stąd. To mój gabinet.
– Co? – zdziwił się tamten. – Jestem niewidzialny. Nie możesz mnie zobaczyć.
– Najwyraźniej jest odwrotnie. Nie gadałbym z powietrzem.
Postać zbliżyła się. Była jak na ducha przystało przezroczysta, ale emanowała też dziwnym bladym światłem.
– Mów mi Phantomass. Już dawno zapomniałem swojego prawdziwego imienia.
– Pierwszy raz cię tu spotykam.
– Błąkam się po tym zamku od stu lat, ale nikt wcześniej mnie nie widział. Pewnie jestem tu już tak długo, że robię się coraz bardziej materialny. Przynajmniej będę miał z kim pogadać.
– Zapomnij. Nurtuje mnie jedna kwestia. Skoro jesteś tak wiekowy jak ja, może wiesz, jak przestać być wampirem?
– Niektórzy mówią, że wystarczy wyjść w dzień na zewnątrz, a słońce spali cię na popiół.
– Nie o to mi chodzi. Pragnę znów poczuć się człowiekiem.
– To chyba niewykonalne. Jesteś trupem, zaraz rozpadniesz się ze starości. Przydałby ci się Eliksir Młodości.
– Wyglądam tak, bo zacząłem głodówkę. Wszyscy mi mówią, że jestem stary. Denerwuje mnie to. Wynocha stąd.
– Niech ci będzie, ale później wrócę zagrać z tobą w karty.
Duch zniknął, wlatując w sufit. Lord zaczął się zastanawiać nad pewną kwestią. Wyciągnął z jednej z szuflad w biurku wielgachną księgę. Prowadził bardzo rozległą kronikę zgonów w okolicy. Każdy musi mieć przecież jakieś hobby. Zaczął przeglądać ją strona po stronie. Gdy dotarł do końca, stwierdził, że nikt nie umarł w murach tego zamku od czasu jego własnej śmierci w gabinecie, w którym właśnie przebywał.
Phantomass najprawdopodobniej jest moim duchem, pomyślał Lord. To było bardzo niepokojące. Teoretycznie obaj nie żyją, a jednak dopiero co gadali ze sobą, będąc kiedyś jedną osobą.
Duch został uwięziony i nie odejdzie do Krainy Wiecznych Łowów, dopóki Lord nie przestanie istnieć.
Znalazł Marleya w zamkowej kuchni. Zajadał gofry, ale gdy zobaczył swojego pana udawał, że przegląda jakąś książkę.
– Powiedz mi jedną rzecz… – zaczął Lord.
– Nic jeszcze nie znalazłem, ale cały czas szukam.
– Trzymasz książkę do góry nogami, ale nie o to mi chodziło. Czy widziałeś kiedyś ducha?
Marley prawie zadławił się gofrem.
– Nie bardzo rozumiem. Ten zamek jest nawiedzony? Biała Dama czy coś?
– To nie duch kobiety, tylko jakiegoś hazardzisty.
– Szkoda. Dawno nie rozmawiałem z żadną dziewczyną. Zazwyczaj śpią, gdy je odwiedzam.
– Mówiłeś, że napastujesz tylko bydło starego farmera Jordana.
– Przeważnie. A tak w ogóle to duchy nie istnieją. Może to przywidzenia ze starości.
– Och, zamilcz! Gdzie reszta?
Miał na myśli Lloyda i Danversa, dwóch braci, których kiedyś uratował przed śmiercią. Co prawda zamienił ich przy tym w wampiry, dlatego nigdy nie byli mu za to wdzięczni.
– Łapią szczury w piwnicy. Zeżarły nam połowę zapasów.
– Pieprzone gryzonie. Już późno, idź spać.
– Dopiero szósta nad ranem. Jeszcze dużo czasu.
– Za chwilę wzejdzie słońce i cię spopieli.
– Już się zmywam.
Marley wyszedł, a Lord zbliżył się do gofrów. Nim jednak zanurzył w nich swoje kły, zjawił się Phantomass.
– O rety! – wrzasnął Lord. Duch wynurzył się tym razem z podłogi.
– Faktycznie tych dwóch gości łapie szczury w piwnicy – powiedział. – Zajrzałem tam tylko na chwilkę.
– Nie pojawiaj się tak często. Czuję się rozczłonkowany. Dziwnie jest gadać z samym sobą.
– Nie rozumiem.
– Nic, taki żart. Inni cię nie widzą?
– Tak przypuszczam. Przypomniałem sobie coś. W wiosce Duże Imałe żyje ktoś, kto może ci pomóc. Sam ma podobny problem, a udaje mu się zachowywać ludzką postać. Posiada lekarstwo stworzone przez samego doktora Frankensteina, ekscentryka i geniusza w jednym. Problem w tym, że pilnuje go wilkołak.
– Aaargh. Wypluj to słowo.
– Nie mam śliny. Jestem duchem.
– Nie ma szans. Te sierściuchy są naszymi odwiecznymi wrogami. Nie zbliżę się tam, mam alergię.
– To twoja jedyna okazja na powrót do normalności. Zastanów się.
Nim Lord zdążył zapytać ducha, skąd to wszystko wie, tamten już zniknął.
***
Franklin był nocnym markiem, dlatego wszyscy uważali go za wampira. Ubierał się w zwykłe wiejskie ciuchy, kubrak, potargane spodnie, kraciastą koszulę i gumowce. Te ostatnie ściągał tylko kładąc się do łóżka. Właśnie spożywał kolację, gdy w jego domu pojawił się Lord. Nachylił się nad stołem i złapał wieśniaka za szyję swoimi długimi palcami zakończonymi ostrymi szponami.
– Witaj, przyjacielu. Mam pytanie i liczę, że mi pomożesz.
– Ja… Oczywiście. Czego sobie życzysz? – zapytał Franklin, ciężko przełykając ślinę.
– Szukam wilkołaka. Podobno ukrywa się w tej okolicy.
– O, to dobrze trafiłeś. W północnej części odbywa się sąd nad odmieńcami. Chcą stracić kilku wariatów. Pewnie ten twój też tam będzie.
– Muszę się więc pospieszyć.
Lord puścił faceta i podszedł do szafki, w której Franklin chował alkohol. Zajrzał do środka, było tam tylko kilka pustych butelek.
– Gdzie twoja śliwowica? – zapytał z gniewem w głosie.
– Skończyła się. Już dawno nie produkuję.
– W takim razie cię zjem.
Wieśniak zaczął piszczeć i jęczeć. Wampir postanowił na razie zostawić go w spokoju. Zniknął w obłoku dymu i pojawił się nieco dalej, na skraju wioski, gdzie zebrało się mnóstwo ludzi. W szeregu stało kilkunastu biedaków, a przed nimi dumnie kroczył żołnierz, wyglądający na ważną osobistość. Zatrzymał się przed facetem z wystającymi z uszu kłakami i zrośniętymi brwiami.
– Ten mi wygląda całkiem normalnie – powiedział do drugiego żołnierza.
– A tamta staruszka, którą przed chwilą skazał pan na ścięcie?
– To była czarownica. Od razu takie poznaję.
– Ale ona tylko uczyła matematyki.
– No właśnie. Jak tam sytuacja?
– Kolejka się robi. Na dzisiaj chyba wystarczy.
– Macie szczęście, ale jeśli choć słowo usłyszę, że dzieją się tu dziwne rzeczy albo ktoś zaginął, zaraz tu wrócę, a wtedy popamiętacie!
Ludzie odetchnęli z ulgą. Kudłaty facet już miał ochotę zwiać, ale wtedy Księżyc wystawił swoją bladą twarz zza chmur i niewielki promień padł na ciało mężczyzny. Przemiana była natychmiastowa i bardzo gwałtowna. Czaszka zaczęła mu się wydłużać, całe ciało pokryło się futrem, a pazury wystrzeliły z palców. Żołnierze zaraz to zauważyli.
– A temu co się dzieje? – zapytał jeden z nich. – Dostał zatwardzenia?
Lord poczuł, że sytuacja wymyka się spod kontroli. Wilkołak zawył. Złapał nadbiegających wojaków i pozbawił ich przytomności. Reszta szybko się wycofała.
– Jeszcze tu wrócimy – odgrażał się ich przywódca, ale uciekał jako pierwszy. Zwykli ludzie pochowali się w swoich domach. Na placu boju pozostał tylko wampir. Zamachał białym skrawkiem materiału.
– Tylko bez nerwów. Przyszedłem pogadać.
– Nie zbliżaj się – warknął wilkołak. Mówienie przychodziło mu z trudem. Rzucił się do ataku, wampir jednak zaraz uskoczył.
– Tak do niczego nie dojdziemy. Potrzebuję tylko twojego leku. Chociaż jak patrzę na ciebie, to chyba nie pomaga.
Wilkołak zawarczał groźnie. Lord szybko dodał:
– Dostanę go i więcej mnie nie zobaczysz.
Sierściuch odpuścił i zaczął odchodzić. Wampir udał się za nim w nadziei, że coś na tym zyska. Po kilku minutach dotarli do chatki na uboczu. Wydawało się, że poszło podejrzanie łatwo.
– Weź, co chcesz i spieprzaj – warknął facet, który już wrócił do normalności. Schronił się w cieniu domku przed światłem Księżyca.
Lord zajrzał do wnętrza. Wiedział, że wchodzi do jaskini lwa. Na szczęście było pusto, żadne inne wilkołaki nie czekały tam na niego. W ciemności dostrzegł szafkę z jakimiś butelkami. Wampirzy wzrok pomógł mu zlokalizować tę z napisem „LEKRASTWO”.
– Ta zielona flaszka z etykietką pomaga ci pozostać człowiekiem? Dlaczego teraz się przemieniłeś?
– Nie twój zasrany interes.
I jak się przyjaźnić z takimi gburami? Wszystko było zaskakująco proste. Wejść, zabrać i wrócić. To niepokoiło Lorda, jak i fakt, że wielkie lekarstwo może być tylko bublem. Wolał jednak jak najszybciej stamtąd zwiewać, zanim bestia na zewnątrz się rozmyśli. Zabrał eliksir i zmienił się w nietoperza. Zaraz jednak wrócił do pierwotnej postaci.
– Cholera, nie udźwignę tego. Będę musiał wracać na piechotę.
Udało mu się dotrzeć na zamek przed świtem. Wezwał swoich podwładnych i zasiadł w gabinecie razem z Lloydem i Danversem. Na biurku postawił butelkę, ale wcześniej oderwał etykietkę.
– Wiecie co to jest?
– Pewnie jakiś alkohol.
– Nie! To eliksir, który sprawi, że znów będziemy ludźmi.
– Mówiłem, że wóda.
– Cisza! To mały krok dla nas, ale duży skok dla wampirów.
Lord wyjął trzy puchary ze swojej szafki z ważnymi rzeczami i postawił obok butelki. Nalał sobie i braciom.
– No, pijcie, pijcie – zachęcił. – Czeka nas wielka chwila. Zaraz znów będziemy ludźmi.
– Dobrze, niech więc tak będzie – zgodzili się bracia.
Wypili do dna. Lord nadal czekał. Nic się nie działo, żadnej przemiany, wyglądali jak przedtem. Pokiwał głową i zamoczył usta w napoju. Zaraz tego pożałował. To coś śmierdziało czosnkiem. Wypluł wszystko, ale dalej czuł ten drażniący posmak. Spojrzał na Lloyda i Danversa i zobaczył jak eksplodują, zmieniając się w chmurę popiołu. Phantomass wyłonił się zza ściany i zaklął.
– Czemu jeszcze żyjesz?
– Myślisz, że jestem taki głupi? Byle gówno w butelce i dam się nabrać? Wystawiłem moich kompanów, ale miałem rację. Oszukałeś mnie! To nie było lekarstwo.
– Na pewno nie dla takich jak ty. Sądziłem, że twoje pragnienie skończenia z żywotem krwiopijcy wygra ze zdrowym rozsądkiem.
– Czemu chciałeś mojej śmierci?
– Słyszałem twoje myśli. Ty draniu. Dopóki żyjesz, nie odejdę. Muszę cię zabić i będę próbował, aż do… dopóki tego nie zrobię.
– Wyniosę się z zamku, a ty jesteś tutaj uwięziony. I co?
– Nie trzyma mnie zamek, tylko twoje ciało. Pójdę wszędzie tam, gdzie ty.
Duch zniknął, a zamiast niego pojawił się Marley.
– Przepraszam za spóźnienie. Coś mnie ominęło?
– Najwyraźniej. Musimy zebrać nową ekipę, bo stara się wykruszyła.

Licencja :CC BY-NC-ND 4.0 Wszelkie prawa należą do autora.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.