Pinot noir

Greg przemieszczał się powoli, cały czas pod czujnym okiem jednego z gangsterów, ogromnego faceta nazywanego Zielonoskórym. Sytuacja nie przedstawiała się najlepiej, wiadomo było, że coś poszło nie tak, chociaż starał się wykonywać wszystko jak należy. Wkrótce przekona się, co zaszło, bo dotarli do drzwi przy końcu tunelu. Olbrzym, udając delikatność, szturchnął Grega w plecy.
– Właź – warknął.
Wewnątrz czekał już najbardziej znany podwładny Frankończyka. Był niski, a na twarzy miał maskę, mówiono o nim Szara Twarz.
– Załatwiłeś sprawę? – zapytał cicho.
– Tak, odebrałem towar.
– Była tam niewielka mahoniowa szkatułka?
Greg nie przypominał sobie nic takiego. Jeśli coś zostało, szef go zabije.
– Nie, nic nie widziałem. Żadnej małej skrzyneczki – wychrypiał.
– Na pewno? Kłamiesz albo… Jak się nazywał kapitan statku?
– Meduza lub Chełbia. Jakoś tak.
-Tak, to oczywiste. Nie będziesz mi już potrzebny.
– Więc mogę odejść?
– Jasne, na zawsze.
Greg zauważył jak Szara Twarz wyjmuje coś spod stołu. Pistolet!
– Co zamierzasz zrobić? – zapytał przerażony.
– Już się nie musisz o to martwić.
Obcy cicho się zaśmiał, a potem strzelił. Greg uderzył o ścianę i znieruchomiał.

**************************

Kilka godzin później na nabrzeżu stał detektyw Joe w długim szarym płaszczu. W ustach trzymał papierosa. Przyglądał się wyciągniętemu z wody ciału Kapitana Chełbii Modrej.
– Zawsze ciągnęło go do wody. No i wpadł – rzucił młody funkcjonariusz.
– Został zastrzelony. Mamy jakieś poszlaki?
– Facet mieszkający naprzeciwko widział dwóch typów, którzy wynosili ze statku Kapitana jakąś szkatułkę. Jeden był mały, a drugi to kawał chłopa, prawdziwy olbrzym.
– Czyli Flip i Flap. Niewiele nam to dało.
– Sądzimy, że to porachunki gangsterów. Kapitan szmuglował im pewien towar. Mówią na to Narkohol. Straszne paskudztwo. Przechwyciliśmy niedawno całą dostawę. Trzeba wyciszyć sprawę.
– Nie złapaliście zabójców.
– Ale wiemy, kto to zrobił. Nie wtrącamy się w sprawy gangsterów.
– Ja się wtrącam. Złapię tych gości.
– Sprzątnęli już wielu takich, co się im stawiali. Będziesz następny.
– Być może. Tym bardziej chcę ich dopaść.
– Nie masz nic lepszego do roboty?
– Aktualnie żadnych zleceń. Wszystkie ciemne sprawki zawsze zahaczają o gang Frankończyka.
– Czyli jak się go pozbędziesz, zostaniesz bezrobotnym? Ludzie przestaną ginąć, a złodziejstwo i prostytucja szerzyć.
– Zło nigdy nie śpi. Ten gang to tylko wierzchołek góry lodowej, niszczącej nasz kraj. W razie potrzeby zawsze mogę się przebranżowić. Dobra, idę dopaść tych drani.
– Powodzenia, może ci się uda… wrócić w jednym kawałku.
Joe odszedł i udał się do pobliskiej knajpy, by zamówić whisky.
– Na trzeźwo się przecież tego nie podejmę – westchnął.

**************************

Greg otworzył oczy. Kradziona kamizelka kuloodporna jednak się przydała. Wciąż znajdował się w pomieszczeniu, w którym do niego strzelano. Wstał i podszedł do drzwi, były zamknięte.
– Jak się teraz wydostanę?- jęknął. Z jego posturą nawet dziesięciu, takich jak on, nie wyważyłoby drzwi.
Zaczął kręcić się po pomieszczeniu, szukając czegoś, co nadawałoby się jako łom lub wytrych. Niczego takiego nie znalazł.
Po kilkunastu minutach walenia pięścią w drzwi, opadł z sił i usiadł pod ścianą. Intensywnie myślał, ale żadne rozwiązanie nie przychodziło mu do głowy. Jakiś czas później usłyszał kroki. Obawiał się, czy to przypadkiem nie wraca gangster, który do niego strzelał. Mimo to zaryzykował.
– Pomocy!- krzyknął.
Odpowiedział mu cichy pomruk. Ktoś zastukał w drzwi i próbował je otworzyć, bez rezultatu.
– To ty, Greg?- zapytała osoba po drugiej stronie.
– Tak, sprowadź kogoś, kto mnie stąd wyciągnie. Tu nie ma tlenu, duszę się.
Poznał po głosie mężczyznę za drzwiami. Po chwili rozległo się zgrzytanie zamka i drzwi się otwarły. Za nimi stał Bob, dobry znajomy Grega.
– Skąd masz klucz?
– Znalazłem, ci gangsterzy po prostu go wyrzucili. Obserwowałem wyjście, nie zjawiłem się od razu, bo czekałem, aż zrobi się czysto.
– Co ja bym zrobił bez ciebie? Dzięki, przyjacielu.
– Nie ma sprawy. Co teraz zamierzasz?
– Sprawy się skomplikowały. Muszę zmienić wygląd i zniknąć z miasta.

**************************

Joe zdążył wypalić dwa papierosy, zanim ktoś się zjawił. Nie był to jednak Greg, tylko jakiś podejrzany facet. Zaczął kręcić się koło domu brata detektywa, więc ten musiał interweniować. Podszedł od tyłu do obcego i złapał go za kołnierz.
– Kim jesteś? I co chcesz ukraść?
– Ja… tu mieszkam, tylko zapodziałem gdzieś klucz.
– Jasne, akurat ten dom należy do mojego brata. I ty nim nie jesteś.
Nieznajomy obrócił lekko głowę i spojrzał z ukosa. Dopiero teraz Joe zdał sobie sprawę, że ma dziwnie szarą twarz. To była maska. Chwila nieuwagi jednak wystarczyła i zbir wyrwał się z uchwytu i zaczął uciekać. Nie było sensu go ścigać, drań zniknął już w mroku bocznej uliczki. Joe zaczęła kołatać w głowie dziwna myśl. Skądś znał ten głos.
Chyba nie popełniłem, aż tak wielkiego błędu – zastanowił się. – Szara Twarz. Słyszałem o tym gangsterze, ale czy to był on? No jasne, durniu. Teraz już jest za późno.
Detektyw wrócił za murek. Nie musiał długo czekać, bo wkrótce Greg zjawił się przed domem. Miał przyczepioną sztuczną brodę, kupioną na jakimś podrzędnym bazarku.
– Czekałem na ciebie! – krzyknął Joe. Jego brat zamarł, obejrzał się i odetchnął.
– A, to tylko ty. Nie spodziewałem się ciebie.
– Po co ci ta sztuczna broda?
– Nie miałem czasu na nic lepszego, muszę znikać z miasta. Wróciłem tylko po swoje rzeczy.
– To kiepsko. Poszukuję dwóch ludzi, małego i dużego, gangsterów. Na pewno ich znasz.
– Oni mnie tak załatwili, próbowali uśmiercić. Zielonoskóry i Szara Twarz.
– Cholera. Żartujesz sobie? Ten w masce kręcił się koło twojego domu.
Greg pospiesznie otworzył drzwi i ukrył się wewnątrz domu. Joe podążył za nim. Znalazł się w małym, obskurnym mieszkanku. Na środku stał krzywy stół, dwa krzesła, a obok biurko i łóżko. Greg wszedł pod nie i po chwili wyjął małą skrzyneczkę. Było w niej więcej pieniędzy, niż można by przypuszczać. Pod nimi leżało coś jeszcze, ozdobny klucz, z wizerunkiem smoka na uchwycie.
– A to co takiego?
– Może się przydać. Znalazłem go na statku kapitana Chełbii Modrej.
– Dobra, gdzie znajdę tych dwóch?
– Nie powiem ci. Lepiej się w to nie mieszaj, bo skończysz tak jak ja. To niebezpieczni ludzie.
– Może jednak zaryzykuję.
– Spotkajmy się jutro rano, w naszej kryjówce. O wszystkim pogadamy. Nie mogę tu dłużej zostać.
Brat Joe załadował całą zawartość skrzyneczki do kieszeni i wyszedł pospiesznie z domu. Detektyw chciał go zatrzymać, ale tamten tylko szepnął.
– Pogadamy później. Nie idź za mną. Za bardzo rzucamy się w oczy. Znaczy ty, ja nie. Mam brodę.
Greg przyspieszył, ignorując kolejne pytania brata. Następnego dnia będzie czas na odpowiedzi. Detektyw zdał sobie sprawę, że ktoś go obserwuje. Zerknął do boku, na ławeczce siedział ten sam facet, który kręcił się przedtem w pobliżu. Mały, strzelający ludziom w plecy, Szara Twarz. Gdy napotkał wzrok detektywa, zaczął uciekać.
– Teraz cię dopadnę, tchórzu – powiedział do siebie detektyw. Ruszył w pościg za gangsterem. Wbiegł za nim w uliczkę, prowadzącą w ślepy zaułek. Wtedy zrozumiał swój błąd. Olbrzym pojawił się nagle za nim i zastawił drogę powrotu. Tymczasem mały człowieczek śmiejąc się, wyciągnął broń.
– Coś mi się wydaje, że teraz wpadłeś, mości detektywie – rzekł cynicznym tonem.
**************************

Greg dotarł do kryjówki, znanej tylko trzem osobom. Wiedział, że nikt go nie śledził. Wejście kryło się w starym magazynie, pod zniszczoną szafą. Może nie było to najwygodniejsze miejsce , ale nie narzekał. Po schodkach schodziło się do niewielkiej piwniczki, w której znajdował się materac, szafka z alkoholami, stół do gry w karty i fotel.
– Prawie jak u mnie w domu – pomyślał. – Może nieco przytulniej.
Na fotelu siedział jego przyjaciel Bob.
– Znalazłeś to, co chciałeś? – zapytał.
– Jasne, tylko jakiś podejrzany typ kręcił się wcześniej koło domu. Mój brat go przepłoszył.
– Nie powiesz po co wróciłeś?
Greg zawahał się. Czy powinien mówić o ty Bobowi? W końcu to jego kumpel, ale…
– No dobra – zdecydował. – Powiem ci.
Wyciągnął z lewej kieszonki płaszcza woreczek. Były w nim włosy. Bob przyjrzał się temu i roześmiał.
– Wróciłeś po jakieś kłaki? Nie żartuj.
– To włosy mojej ukochanej. Tylko one mi po niej zostały. Frankończyk był na tyle wspaniałomyślny.
Bobowi nieco zrzedła mina.
– Nie wiedziałem. Przepraszam, co za skurczybyk z niego. Pamiętam, to była taka ładna blondynka.
– Nie pomagasz.
Greg schował woreczek z włosami. Bob miał powody, by mu uwierzyć. W końcu nie kłamał, ale całej prawdy też nie powiedział.
– Jutro przyjdzie tu mój brat, Joe. Będzie się z tobą kontaktował, gdy wyjadę. Bądź dla niego miły.
– Oczywiście, postaram się, choć nie lubię gliniarzy.
– Nie jest gliniarzem, tylko detektywem.
Nagle Bob zerwał się z fotela. Wydawał się przestraszony.
– Cicho – rzucił.- Coś słyszałem.
– Szczury. Wszędzie ich pełno. – Greg podszedł do szafki i wyjął z niej butelkę.
– Nie, głosy. Śledzili cię.
– Mówiłem ci już, że…
Greg też to usłyszał. Ktoś dobierał się do klapy w podłodze.
– Tylko my znamy to wejście. Jest tam tylko wąska szpara.
Zasunął zasuwę, gdy wchodził, ale teraz agresor z całej siły szarpał za klapę. Znaleźli ich.
– Cholera. Co teraz? – jęknął Bob.
– Nie dostaną się tu. A jeśli…
Greg stuknął w stół. Z boku wysunęła się szufladka, w której trzymał broń. Podręczny rewolwer. Wziął go do ręki i wycelował w wejście. Bob szybko wpełznął pod stół.
– Nie mów im, że tu jestem. Nie mam z tym nic wspólnego.
– Zobaczą cię. Nie martw się, załatwię ich.
– Może to twój brat?
– Nie, mamy specjalny sygnał. Ten tutaj siłą chce dostać się do środka.
Zasuwa ustąpiła. Klapa się uniosła, a w otworze ukazała się pomalowana na zielono twarz.
– Stój, bo strzelam! – ostrzegł Greg.
– Wybacz mi, zmusili mnie – dobiegł go głos Joe.
Bracie, coś ty narobił.
– Ten detektyw jest twardy tylko z zewnątrz. Jak go trochę potorturujemy, to od razu puszcza farbę.
Zielonoskóry olbrzym się odsunął i na chwilę w wejściu mignęła twarz małego gangstera. Nim Greg zdążył strzelić już go tam nie było. Z góry doleciał tylko śmiech.
– Wydawało mi się, że już raz cię zastrzeliłem. Trudno, będę musiał zrobić to drugi raz. A teraz wyjdź i oddaj mi klucz.
– Zejdź tu i go sobie weź.
– Jednak poczekam na górze, razem z detektywem. Lepiej się pospiesz i nie próbuj żadnych sztuczek, bo trzymam twojego brata na muszce.
– Wyjdę i mnie zastrzelisz. Nie, dziękuję.
– Niewykluczone, że tak zrobię, ale może oszczędzę detektywa. Nie uważasz, że warto zaryzykować?
Greg wiedział, że nie ma szans się wydostać. Obejrzał się za siebie, Bob nadal siedział skulony pod stołem. Nie chciał go wplątywać w ten konflikt.
– Wyłaź, bo za chwilę tam wejdziemy. Wtedy pożałujesz swojego wyboru – dobiegł go złowrogi głos.
Greg wszedł na pierwszy schodek. Strzelać czy nie? Postanowił nie ryzykować.
Wyszedł, oceniając sytuację. Szara Twarz ukrył się za Joe, w ręce trzymał pistolet, przyłożony do skroni detektywa, który został zakneblowany. Chciał coś powiedzieć , ale nie mógł. Z drugiej strony stał olbrzym, gotowy do ataku.
– Rzuć broń! – krzyknął Szara Twarz.
– Okej, wygrałeś. Oddam ci klucz, a ty zostawisz mnie w spokoju.
– Chyba śnisz. Zastanowimy się jeszcze, co z tobą zrobić.
Greg położył rewolwer na podłodze. Miał nadzieję, że w międzyczasie Joe się uwolni i zaatakuje napastnika, ale nic takiego się nie stało.
– Chowasz się za moim bratem jak panienka – rzucił Greg, starając się nie okazywać strachu.
– A ty w piwnicy jak szczur. Na twoim miejscu nie denerwowałbym mnie, bo jeszcze zrobię komuś coś niemiłego. Dawaj klucz!
Jasne, tylko o to chodzi. Wszystko przez szkatułkę i klucz, który zabrał.
Greg opróżnił kieszonkę i rzucił przedmiot pod nogi gangstera.
Schyl się, jeśli potrafisz – pomyślał.
Szara Twarz nie poruszył się, klucz podniósł Zielonoskóry
– Dobrze, wydaje mi się, że to wszystko. No cóż, zadarłeś z niewłaściwymi ludźmi. Gdybyś nie zabrał klucza, to nie byłoby problemu, ale teraz…
Napastnik wyciągnął knebel z ust detektywa i odsunął się na bok, nadal trzymając broń gotową do strzału.
– Nie ode mnie dowiedzieli się o tej kryjówce. – jęknął Joe.
– Co? Jak to nie? – zdziwił się Greg. – Wiedzieliśmy tylko ja, ty i…
– Drogi Bob. Ach, czy on mógł zdradzić. – westchnął teatralnie Szara Twarz. – Wyłaź!
Greg usłyszał, jak ktoś wchodzi po schodkach za nim. Zobaczył Boba, który szedł bokiem, nie patrząc na niego.
– Przepraszam – rzucił tylko. – Zrobiłem to dla forsy.
– Ale… przecież uratowałeś mnie wtedy, w kanałach.
– No cóż, kanały są tak samo zdradliwe, jak twój przyjaciel – wtrącił Szara Twarz. – Wtedy też dla nas pracował. Uważasz, że nie wiem, kiedy kogoś załatwię? Miałeś kamizelkę. kuloodporną. Stwierdziłem, że jeszcze możesz się przydać. Raz uciekłeś, a teraz znowu włazisz do jakiejś piwnicy. Chyba cię tu zostawię, bo lubisz takie ciemne i ciasne miejsca. A może lepiej zabiorę cię do szefa. On wymyśli ci jakąś długą i bolesną karę. Jesteś sprytnym szczurem, a twój przyjaciel to zdradliwy skunks.
Gangster obrócił się i strzelił. Bob upadł trzymając się za pierś.
– Czyż mógłbym was tak łatwo skrzywdzić? Chyba czas się przedstawić, mości bracia.
Gregowi wydawało się, że to jakieś cholerne przedstawienie. Szara Twarz powoli ściągnął maskę i odsłonił swoje prawdziwe oblicze. Joe krzyknął.
– Długo czekałem na tę chwilę. Jestem najbardziej cenionym sługą Frankończyka i waszym zaginionym bratem. Mam duże szanse zastąpić szefa i przejąć cały narkoholowy biznes.
– To nie możesz być ty! – krzyknął Greg. – Ostatni raz widziałem Hectora w pociągu, odjeżdżającego szukać złota w Klondike. A później ten telegraf i informacja, że spadł ze skały. Jednak przeżył?
– Tak jak i ty. Wróciłem stamtąd razem z doświadczonym biznesmenem, który wprowadził mnie w kręgi mafii.
– Gorączka złota cię zmieniła. Nie jesteś już tym, kim dawniej byłeś.
– Czym niby różnisz się ode mnie? Też jesteś przestępcą.
– Chcesz zabić braci, to nas różni. Wypuść mnie i Joe. Pokaż, że nie jesteś zły.
– Och, ale ja jestem zły. Muszę zaimponować Frankończykowi.
Hector założył maskę i znów stał się Szarą Twarzą.
– No, teraz znów czuję się sobą. Zielonoskóry, bierz ich.
Olbrzym złapał Grega za ręce i ścisnął, aż ten jęknął.
– Zmiażdżysz mi dłonie.
– Teraz przynajmniej nie będziesz nic kombinował.
– Jak zamierzacie przejść niezauważeni przez całe miasto? – zapytał Joe.
– Nie będziemy musieli. W dodatku, kto nas zatrzyma?
Kawałek drogi od magazynu gangster zastukał do drzwi starego budynku. Otworzył mu oprych z podbitym okiem. O nic nie pytał, wpuścił wszystkich do środka. Było tam pełno ludzi, grających w karty, a powietrzu unosił się dym z papierosów.
– Aż mnie naszła ochota – westchnął Joe, wciągając zapach.
– Nieprędko sobie zapalisz – odrzekł mu Hector.
Przeszli między stolikami i skierowali się w stronę ciemnej dziury ziejącej w ścianie. Zaraz, gdy się przez nią przedostali jakiś oprych odciął drogę powrotu i zakrył wejście. Przemieszczali się w ciemności, gangsterzy widocznie dobrze znali to przejście. Po chwili dostrzegli przed sobą przebijające się między szparami światło. Szara Twarz zastukał, używając tajnego kodu. Przejście się odsłoniło, znaleźli się w małym pokoju, nie większym od kryjówki Grega. Za biurkiem siedział chudy mężczyzna średniego wzrostu, ciemne włosy opadały mu na ramiona, a na twarzy miał tylko maskę, okalającą oczy.
– Przyprowadziłem ci niewolników – powiedział Hector i zaśmiał się.
Szef gangu kiwnął głową.
– A klucz? – zapytał.
– Mam go.
Szara Twarz podał Frankończykowi przedmiot. Greg obejrzał się za siebie, dwóch oprychów pilnowało wejścia, nie było szansy na ucieczkę. W międzyczasie na biurku pojawiła się szkatułka, od której zaczęły się wszystkie kłopoty.
– Tyle czasu na to czekałem – rzekł szef. – Brawa, proszę.
Strażnicy przy drzwiach zaczęli klaskać, dołączyli do nich Szara Twarz i Zielonoskóry. Frankończyk włożył kluczyk i przekręcił. Coś szczęknęło i szkatułka pozwoliła się uchylić. Greg nadal nie widział, co jest w środku, bo zasłaniało mu wieko. Szefa gangu jednak wyraźnie zadowoliło. Szara Twarz zbliżył się, ale jego szef zatrzasnął wieko.
– Nie dla psa kiełbasa. Najpierw musimy pozbyć się tych dwóch. Zabierz ich stąd i zrób z nimi, co chcesz, byleby dyskretnie. Ja zajmę się napawaniem władzą.
– Najpierw chcę wiedzieć, po co tak ryzykowałem . Pokaż mi zawartość szkatułki. Chyba należy mi się nagroda?
– Nie, to mój skarb! Ollie, Pollie, zabić wszystkich!
– Co ty sobie wyobrażasz? Nie możesz tego zrobić. Po tym, co przeżyliśmy w Klondike?
Szara Twarz wyciągnął pistolet i wycelował we Frankończyka. Tymczasem dwa draby stojące przy wejściu zaatakowały Zielonoskórego.
– Robisz się niebezpieczny. Rozumiesz to? Zagrażasz mnie i interesom. To koniec, w tym momencie się rozstajemy – uciął szef gangu.
– Zastrzelę cię.
– Co ci to niby da? Pełno dookoła moich podwładnych, rozszarpią cię na strzępy. Chcesz szkatułkę? I tak nie będziesz wiedział, co zrobić z zawartością. To ja jestem biznesmenem i dlatego zdobyłem taką władzę. Czy marny robol, taki jak ty, mógłby tego dokonać? Odpowiem ci. Nie!
Szara Twarz odwrócił szkatułkę. W środku był kamień, lekko lśniący czerwonawym światłem.
– Co to niby jest?
– Myślałem, że jesteś mądrzejszy od tej bandy imbecyli. Przed sobą masz jeden z najcenniejszych obecnie kamieni szlachetnych. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak wielka moc jest we nim zawarta. Omamia ludzi i czaruje. Czyż nie jest piękny?
– Na mnie jakoś nie działa. Komu go sprzedać?
– Widzisz, beze mnie nic nie znaczysz. Nasza grupa upadnie.
– Mylisz się, potrafię handlować. Narkohol jest bardzo dochodowym biznesem. Bez tego kawałka skały sobie poradzę.
– Skoro tak twierdzisz, Hectorze. Tylko wiesz, ja jestem Achillesem. A według mitologii, kto wygrał starcie?
Szara Twarz zdjął maskę i rzucił ją na podłogę.
– Chcesz walczyć? – zapytał z pewnością w głosie. Miał przeciwko sobie tylko chuderlaka, udającego bohatera.
– Nie muszę, ja już wygrałem.
Hector skrzywił się z bólu. Pistolet wypadł mu z ręki.
– Co zrobiłeś?
– Szybko działająca trucizna. Nawet nie widziałeś, co robiła moja lewa ręka. Mam taką specjalną broń. Mówiłem ci, Achilles zawsze wygrywa.
Hector upadł na podłogę. Pozieleniał na twarzy.
– No i patrz, upodobniłeś się teraz do swojego kolegi – rzucił Frankończyk. Ominął leżącego na ziemi byłego kompana i podszedł do Zielonoskórego, który wydawał się zdezorientowany. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw.
– A ty co zamierzasz robić? – zapytał go szef gangu.
– Będę ci służył – odparł niemrawo olbrzym.
Greg miał tego dosyć. Stwierdził, że da radę poruszać palcami. Skoczył do przodu i chwycił pistolet należący do Hectora. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, strzelił.
– Auuu! Odstrzeliłeś mi piętę, draniu! – krzyknął Frankończyk.
– A Parys pokonał Achillesa – szepnął do siebie Greg.
Nie czekając strzelił ponownie. Tym razem trafił chudzielca w udo.
– Załatw tego szczura! – Frankończyk rzucił rozkaz do Zielonoskórego. Greg był gotowy strzelać do olbrzyma, ale nie musiał. Tamten nie posłuchał szefa gangu, podszedł do niego od tyłu, złapał i mocno ścisnął. Po kilkudziesięciu sekundach bezwładne ciało Frankończyka osunęło się na podłogę.
– To za Szarą Twarz – powiedział grobowym tonem olbrzym.
Nagle w korytarzu rozległy się kroki. Gangsterzy szli w ich stronę, słyszeli strzały. Greg, niewiele myśląc, podniósł maskę Hectora i założył ją na twarz.
– To nic nie da – stwierdził Zielonoskóry. – Jest tu ukryte wyjście, musicie nim uciec.
Sięgnął pod biurko i za coś pociągnął. Ściana tuż obok ustąpiła i ukazało się przejście.
– Szybko, idźcie. Ja ich zatrzymam – ponaglił braci.
Greg pierwszy wskoczył w ciemność, za nim Joe. Mechanizm szczęknął, gdy olbrzym zamknął przejście. Jedyne źródło światła stanowił teraz niewielki otwór w ścianie, którego wcześniej nie zauważyli. Można było przez niego podejrzeć, co dzieje się w pokoju. Zbiry już tam wtargnęły, były kompletnie zdezorientowane, gdy zobaczyły leżącego na ziemi Frankończyka.
– A więc w końcu ktoś się odważył. Ty to zrobiłeś? – zapytał ktoś. Wszyscy patrzyli z przestrachem na olbrzyma. Jeden z gangsterów rozejrzał się.
– Gdzie ci dwaj, którzy z wami weszli? Gadaj!
Joe pociągnął brata za sobą. Nie było czasu do namysłu. Wygrzebał z kieszeni zapałkę, potarł ją, aż zaiskrzyło. Światło, które się pojawiło niewiele dało. Zobaczyli tylko, że są w ślepym zaułku. Dalsze przejście przegradzały metalowe kraty.
– Klatka? To są kraty? Specjalnie nas tu wprowadził? – jęknął Greg.
– Spokojnie, ten mechanizm to… winda. Jest tylko jedna droga. W dół. Trzeba tylko jakoś to uruchomić.
– Są w sekretnym tunelu! – dobiegły ich krzyki zbirów. – Słychać ich! Jak się tam wchodzi?
– Wystarczy tu pociągnąć.
Ściana znów ustąpiła i w przejściu ukazały się twarze gangsterów. Światło z sąsiedniego pokoju rozświetliło ciemność i detektyw dostrzegł dźwignię, której nie omieszkał pociągnąć. Winda zazgrzytała i ziemia uciekła braciom spod nóg.
– Nie podoba mi się to – wyszczekał Greg. – Czuję, jakbym spadał.
– To potrwa tylko chwilę.
Dotarli na dół i winda stanęła. Nadal było ciemno, ale w oddali dostrzegli niewielkie światełko.
– Wyjście! – Zakrzyknął Greg i energicznie ruszył do przodu. Zaraz jednak uderzył w coś i stęknął z bólu. – Trzeba iść powoli. Nie wiadomo, co tam się kryje.
– Mam nadzieję, że nie wpadniemy z deszczu pod rynnę.
Po kilku minutach okazało się, że rzeczywiście dotarli na zewnątrz. Wyszli nieopodal oczyszczalni ścieków, przywitani niemiłym zapachem i pistoletem skierowanym w ich stronę.
– Kim jesteście? – Zapytał jego właściciel, ubrany w szarą koszulę i sztruksowe spodnie.
Greg, nadal w masce Szarej Twarzy, wystąpił do przodu.
– Przepuść nas. Prowadzę zdrajcę, mam go rozstrzelać.
– Czemu tutaj?
– Bo to najlepsze miejsce. Rozkaz Frankończyka.
– Po co się fatygować? Mogę go sam zastrzelić.
– Nie, ja muszę to zrobić. Podważasz słowa szefa?
– Zabieraj go stąd, draniu. Nie chcę was widzieć, gdy wrócę.
Facet wszedł do tunelu, a bracia pospiesznie ruszyli przed siebie. Weszli w gęste szuwary i zniknęli z widoku. Nie trzeba będzie długo czekać, aż gangsterzy wybiegną z tunelu, by ich ścigać.

Dodał(a) fanthomas212
Dnia piątek, 19 Luty 2016
Kategoria Bez kategorii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.