Na początku Bóg stworzył człowieka, ale widząc go tak słabym, dał mu psa

Tytułem mojego opowiadania są słowa wypowiedziane przez francuskiego przyrodnika, dziennikarza oraz pisarza – Alphonse’a Toussenel’a. Przeczytajcie jeszcze raz tytuł i rozsądnie przemyślcie każde słowo tego cytatu.

Mam najlepszego przyjaciela, jak niewielu ludzi. Wiem, że nie opuści mnie, aż do śmierci. Wiem, że będzie ze mną w trudnej sytuacji. Ktoś bardzo mądry, może nawet mądrzejszy od każdego na ziemi, powiedział kilka słów i zabłysnął. – „Pies jest najlepszym przyjacielem człowieka”. Teraz już wiecie, że moim najlepszym przyjacielem jest piesek. Nie jest nim super laska o długich włosach i słodkim imieniu, które szepczą chłopaki we śnie. Jest nim york z szaro-brązowymi włosami i pięknymi, maślanymi oczami. Te oczy potrafią zdradzić wszystko, a ludzie mogą w nich spokojnie utonąć i zapomnieć o tym, co aktualnie robią. Wpatrywać się w te brązowe tęczówki i wpatrywać… Próbować wypłynąć na ląd z tej jasnobrązowej wody. Mojego zwierzaczka dostałam rok temu, na moje urodziny od rodziców. Był wtedy malutki, zupełnie jak pięść. Nazwałam go Pikuś, ponieważ… Hmm… Serce mi to nasunęło…
Ja nazywam się Adela. Posiadam średniej długości, jasnobrązowe włosy. Moje oczy są szare, podobne kolorem do brudnego szkła.  Opowiem wam przygodę, która na zawsze zmieniła moje życie.
Był piękny dzień, a ja byłam zmuszona siedzieć w szkolnej ławce w towarzystwie mojej kumpeli, Nikoli, która bez końca szeptała mi coś do ucha. W zeszłym roku zaczęłam krzyczeć na całą klasę, bo nie dała mi się skupić na – dla mnie bardzo trudnej – chemii. Ale to właśnie mi, pani Broll, wstawiła uwagę i punkty minusowe. Napisała ją wielkimi, drukowanymi literami.
Przez okna sali przebijały się promienie słońca. Był czerwiec, więc nikogo nie dziwiła taka pogoda. Pisałam nowy wierszyk na kolorowej kartce mojego zeszyciku, aż nagle usłyszałam przyjazne szczekanie, stłumione przez okna. Wszystkie one były pozamykane, ponieważ w szkole działała klimatyzacja.
Wyjrzałam przez szybę, a o uszy obijały mi się końcówki słów pana Lisowskiego, który właśnie prowadził lekcję języka polskiego. Widać było bardzo dużo koloru zielonego, ale przede wszystkim w oczy rzucały się czerwone kwiaty, które błyszczały się w słońcu jak małe brylanciki. Pomiędzy dwoma dębami stał piesek. Tak, był to mój najlepszy przyjaciel. Miał oczy wpatrzone w szkołę, a dokładnie we mnie. Skąd on wiedział gdzie mam lekcje? Niestety zostanie to wieczną i nierozwikłaną zagadką, bo york to wie, ale nie powie.
Spoglądał na mnie swymi czekoladowymi oczami, by po chwili zniknąć za pniami malachitowych drzew.  Wpatrywałam się w krzewy i kwiaty, które lekko pobłyskiwały od promieni słońca, aż na ziemię ściągnął mnie basowy głos. Powoli przekręciłam głowę w stronę dźwięku i ujrzałam nad sobą twarz rozzłoszczonego nauczyciela. Był to pan Lisowski, ubrany w swoje – chyba jedyne, bo codziennie je na sobie nosił – jeansy, szarą marynarkę i jasnoróżową koszulę. Uczniowie przezywają go „ lis” – „przebiegły jak lis”. Wszędzie, gdzie dzieje się coś złego to on jest, dziwne, nie?
– Czemu mnie nie słuchasz, panno Zielińska? – wycedził przez zęby.
– Ja… Emm…
Właśnie tak dostałam swoją drugą uwagę w tym miesiącu. Zrobiłam smutną minę, lecz trochę tajemniczą i pospiesznie wyjęłam własnoręcznie ozdobiony dzienniczek. Otworzyłam na stronie z uwagami i poczłapałam w stronę pana Lisowskiego, który dumnie siedział przy swoim biurku. Wpisał mi do dzienniczka:

„Córka nie uważa na lekcji. Pisze poezję, zamiast uważnie słuchać nauczyciela”.

– No, pięknie – burknęłam biorąc swój dzienniczek do ręki. Miałam nadzieję, że nikt tego nie usłyszał, lecz w takiej ciszy, można było wszystko usłyszeć, nawet najcichszy szum powietrza.
– A to, panno Zielińska, konfiskuje – oznajmił z poważną miną i jeszcze bardziej poważnym głosem. Zaczął wymachiwać mi przed nosem moim zeszytem z wierszykami, opowiadaniami i innymi tekstami, które dotąd napisałam.
– Ale… – zaczęłam smutna.
– Żadnego ale! – Podniósł ton. – To nie jest w twoim stylu, Del…
– Zaraz, zaraz. Skąd pan zna moją ksywę?
– Obiło mi się o uszy, droga panno – wycedził przez zęby. – Nich twoja mama przyjdzie odebrać zeszyt do sekretariatu, a teraz siadaj i słuchaj!
To wydarzenie i tak nie jest najgorsze od tego, co było kiedyś na przerwie. Nie będę opowiadać, bo jeszcze tego spróbujecie, ale zdradzę wam, że skończyło się miesięcznym pobytem naszego dyrektora w psychiatryku.
Po skończeniu reszty lekcji, wszyscy mieli w głowach, coś takiego – „Ale genialnie, że już koniec! To może teraz pójdę z chłopakami pograć w nogę?” albo to – „Uff… To już koniec budy! A teraz mogę iść z kumpelą na miasto”. Ale mi po głowie nie chodził wypad na miasto, czy gra w piłkę nożną. Nie mogłam się doczekać zabawy z Pikusiem, po całym dniu trudnej rozłąki, ale nie tylko to miałam na głowie. Właśnie dzisiaj miał przyjść list z mojego przyszłego liceum. Wybrałam profil językowy. Pisanie wierszyków i opowiadań, to moja pasja od szkoły podstawowej. A języków obcych bardzo szybko się uczę. Szybko i łatwo. Do listu miał być dołączony bilet, bo szkoła była daleko od Otwocka. Nie mogłam wziąć pieska i bardzo nad tym rozpaczałam. Na pewno będzie mi trudno, ale wiem, że moja mama i Kaja świetnie się nim zaopiekują. Będę go odwiedzała w weekendy, które spędzę w rodzinnym domu przy gorącym obiedzie i miłej rozmowie z rodzicami i czwórką młodszego rodzeństwa.

***

– Mamo! Już jestem! – wykrzyknęłam zamykając drzwi wejściowe.
Cisza. Nikt się nie odezwał. Podejrzewałam, że moje rodzeństwo było jeszcze w szkole, tata w pracy, a mama musiała pracować w ogrodzie, bądź zdrzemnęła się w sypialni. Odłożyłam plecak na kuchenne krzesło i spojrzałam na płytę, na której gotowała się zupa ogórkowa. Obok garnka, na blacie, leżała biała koperta, która została poplamiona kropelkami brązowego płynu. Była zaadresowana do mnie. Od razu na myśl nasunął mi się list, który miał dzisiaj do mnie dotrzeć. Automatycznie się uśmiechnęłam. Było to liceum, o którym marzyłam od bardzo dawna… Opuszkami palców dotknęłam zaplamionej koperty.
Po kilku minutach do kuchni przydreptał mój piesek.
„Pikusiowi zaczęły dużo szybciej rosnąć włosy, więc niedługo będzie trzeba pójść z nim do fryzjera” – pomyślałam.
Odkąd wbiegł do pomieszczenia nie spuszczał ze mnie wzroku. Było w nim trochę złości, szacunku i niezadowolenia.
– Witaj piesku! Jak Ci minął dzień? Fajnie było?
Zaszczekał cichutko i ponownie spojrzał mi w oczy, a ja znowu w nich utonęłam. Wpatrywałam się w nie przez kilka następnych minut. Oddałabym wszystko, żeby mieć takie tęczówki. Piesek zauważył kopertę, którą miałam w rękach i zaczął warczeć.
– Ej, spokojnie, Pikuś!
Nie zareagował na moje słowa i rzucił się na kopertę, która po chwili leżała już na podłodze. Piesek rozdrapywał ją łapkami, rozrywał zębami i wyraźnie chciał się jej pozbyć.
– Pikuś! – krzyknęłam na cały głos.
Miałam kompletny mętlik w głowie. Co robić?!
Podbiegłam do pieska i spróbowałam wyrwać mu kopertę. Nawet nie zdążyłam jej otworzyć! A o całym bilecie to mogłam tylko pomarzyć. Nie udało mi się uratować koperty. Pies pobiegł z nią w stronę ubikacji. Co ten pies wyrabia? Pobiegłam za nim, ale Pikuś był tak szybki, że nawet Usain Bolt, by go nie dogonił.
W ubikacji było jasno, promienie słońca wpadały przez małe okienko. Z kranu spadały kropelki wody. Zaś przy toalecie stał Pikuś, pospiesznie wrzucał kopertę do wody, a ja krzyknęłam:
– Nie!
Zanim go odciągnęłam, on już zdążył nacisnąć spłuczkę.
– Pikuś! Jak mogłeś? Zły pies!
Po moich zaróżowionych policzkach spływały łzy. Łzy rozpaczy i wściekłości. Zrobiłam kilka kroków w tył i osunęłam się po ścianie. Zaczęłam płakać głośniej i mocniej. W kilka minut straciłam swoje marzenia, zostały spłukane, zniszczone… Zniszczone przez mojego najlepszego przyjaciela! Nie wiem, czemu Pikuś to zrobił. Zrobiłam mu coś, czy jak?
Pies wpatrywał się we mnie ze współczuciem, aby po chwili zniknąć w ramach drewnianych drzwi, prowadzących do salonu.
Siedziałam na marmurowej posadzce i płakałam bez końca, zwyczajnie nie potrafiąc zatrzymać łez… Nie mogłam uwierzyć w to, co się przed chwilą wydarzyło. Mój najlepszy przyjaciel, mój pies, Pikuś, właśnie mi spłukał marzenia. Dosłownie.
Po kilku minutach do łazienki wbiegła mama, cała ubrudzona ziemią. Na twarzy, na ubraniach.
– Córciu, co się stało?
– M…mamo – zapłakałam jeszcze głośniej. – Nie pojadę do tego liceum. P…Pi…Pikuś wrzucił do toalety kopertę, którą dzisiaj przysłali. Był w niej bilet.
Rozpłakałam się na dobre. Mama próbowała mnie pocieszyć, więc obydwie poszłyśmy do salonu na kanapę, zrobiłyśmy sobie gorącą czekoladę i wyjęłyśmy ciasteczka zbożowe z komody. Mama przyniosła duży koc, żeby się nim okryć i ogromne pudełko chusteczek.
Moja Mama jest najlepsza… Jest i będzie. Umie pocieszyć każdego i zauważa, gdy coś jest nie w porządku. Bardzo dawno temu, gdy zerwał ze mną mój pierwszy chłopak, to Ona pomogła mi zepsuć, a następnie spalić, nasze wspólne zdjęcia oraz wierszyki, jakie pomagał mi pisać. Jest naprawdę wspaniała!
– Może Pikuś chciał dobrze… – zaczęła rozmowę, po czym wzięła duży łyk gorącej czekolady.
– Mamo… Czy ktoś robi dobrze, gdy niszczy czyjeś marzenia?
– Nie, córeczko. Ale czemu on to zrobił? Zawsze byliście bardzo zżyci, zawsze Ci pomagał.
– Nie wiem, bo skąd?
Zapadła grobowa cisza. Obydwie wpatrywałyśmy się w wiszące na ścianie obrazy. Jeden przedstawiał Vincenta van Gogh’a, którego moja mama bardzo ceniła. A drugi obraz należał do taty, dostał go ode mnie na swoje trzydzieste ósme urodziny. Przedstawiał najnowszy model Ferrari.
– A może on nie chciał się z tobą rozstawać? Może było to dla niego za trudne? – zaproponowała.
Prawda! Moja mama, jak zwykle odkryła prawdę…
– Może – mruknęłam i mocno się uśmiechnęłam.
Mogła to być prawda, ale nikt tego nie potwierdzi, bo pies mi na pytanie przecież nie odpowie. Nagle to odzyskało ręce i nogi – „Pies nie chciał być zły, on nie chciał mi psuć marzeń! Pikuś, po prostu, nie przeżyłby takiej rozłąki”. Właśnie teraz poznaje się prawdziwą przyjaźń. Pełną miłości, szacunku i współczucia. Pikuś chciał dobrze, nie jest złym psem.
Postanowiłam, że zostanę w mieście. Będę uczęszczała do tutejszego liceum, będę wyprowadzała pieska na spacery i bawiła się z nim, będę rozwijała – być może – swoje talenty, które doprowadzą mnie do czegoś wielkiego. Może zostanę poetką, pisarką, albo scenarzystką… Nikt tego nie wie! Czas leczy rany i niedługo zapomnę o nastoletnich marzeniach, chodzenia do super liceum w Piasecznie. Przyjaźń ważniejsza od wszystkiego innego…

Dodał(a) Maja B
Dnia czwartek, 01 Sierpień 2013
Kategoria Poezja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Google/Bing/Yandex Translate