Moj jeden dzien w greckiej szkole

chodziłem, chodzę i będę chodził do greckiej szkoły.  Mieszkam w Atenach. Mój ojciec przekazał mnie pewnemu niewolnikowi, który był zwany pedagogiem (paidos agogos). Nazywam się Demetriusz i mam niespełna 12 lat. Moja matka, jak i ojciec są żelaznymi Ateńczykami. Od kilku lat uczęszczam do miejscowej szkoły. Opiszę wam jeden dzień, który przeżyłem, gdy jeszcze miałem 8 lat. Byłem młodszy, mniej odważny oraz zupełnie nieodpowiedzialny.
Obudziłem się w ciemnym pomieszczeniu. Pan Achilles, mój pedagog, który został wyznaczony poprzez mego ojca, siedział na pobliskim kamieniu, wpatrując się we mnie swoimi błękitnymi tęczówkami. Nie chciało mi się wstawać, więc tylko usiadłem na skrzypiącym łóżku. Dziwne… Pan Achilles nie siedział już na głazie i nie wpatrywał się we mnie. Byłem zaspany, więc pomyślałem, że to były jakieś zwidy.
Po chwili usłyszałem tupot stóp. Nie taki zwykły, ale taki cichutki, jakby ktoś się skradał. W tym samym czasie, co zdążyłem przetrzeć oczy i kilka razy ziewnąć, w ramie drzwi pojawił się uśmiechnięty Achilles z kyliksem w pomarszczonych dłoniach. Ubrany był w epiblematię, na głowie nosił wysoką czapkę, a na nogach pedilie. Jak zwykle gotowy do ciężkiej pracy, która nas czeka. Swoim uśmiechem umiał zdziałać cuda, zaszczepić smykałkę do różnych rzeczy, które greka mogą nie interesować. Był niewolnikiem, ale dla mnie był jak drugi ojciec, brat lub najlepszy przyjaciel. Nigdy nie rozumiałem, czemu istnieli niewolnicy. Oni też są ludźmi! Niewolnicy pracują dla ateńczyków, a kobiety-niewolnice zmuszane są ** *********** [zablokowane przez moderatora]!
Poranek zawsze był trudny. Zrzuciłem z siebie endymatę i spojrzałem w kąt, gdzie leżały i wciąż leżą moje ubrania. Powoli zsunąłem nogi z łoża i pomaszerowałem w stronę ubrań.
Po ubraniu się w epiblematię i założeniu moich pedillii, podszedłem do pedagoga z wielkim uśmiechem i widocznym na twarzy zadowoleniu z nadchodzącego dnia, powiedziałem:
– Witaj Achillesie!
– Witaj – odrzekł z powagą w głosie. – Proszę. – Podał mi kyliks. – Woda z mlekiem – tradycyjnie wyjaśnił.
Odebrałem od niego naczynie i kilkoma łykami wypiłem wszystko za jednym zamachem.
– Dziękuje – wydusiłem z siebie.
Pokój był bardzo mały, jak toaleta w Wielkiej Brytanii. W kąciku mieściło się moje łóżko, a na nim pognieciona endymata. Całe pomieszczenie było wykonane z gliny. Na ścianach i podłodze można było zauważyć kurz oraz pajęczyny. Miasto miało problemy z wodą, więc mało dbałem o higienę. Bardzo często mieszkańcy chorowali, bywały epidemie różnych chorób.
Kilka minut po tym podniosłem tabliczkę całkowicie pokrytą woskiem, na której uczyłem się pisać, i ruszyłem w stronę drzwi.
Na zewnątrz można było zauważyć tłumy mężczyzn, dzieci i niewolników. Czasem przechadzały się kobiety, lecz one częściej przesiadywały w domu i zajmowały się nim. Większość osób miało na sobie chitony lub epiblematię. Kilkoro kobiet przenosiło amforę i stamnos, zapewne z oliwą bądź winem.
Szkoła mieściła się blisko mojego domu. Zbudowana została z kamienia, pomieszczenia były niewielkie. W środku sali mieściła się duża tablica pokryta woskiem oraz drewniane stołeczki dla uczniów i jeden większy dla pedagoga. Na lekcjach zwykle było kilku chłopców.
Achilles wraz ze mną stanął u progu drewnianych drzwi, które prowadziły do sali lekcyjnej. W salce siedzieli na stołeczkach inni uczniowie. Mój najlepszy przyjaciel, Herakles, wpatrywał się w okno, jak zwykle rozmarzony. Był bardzo cichym chłopcem, lecz z wielkimi marzeniami. Opowiadał mi kiedyś, jak bardzo by chciał, żeby jego mama, Poliksena, mogła żyć i wciąż śpiewać mu słodkie kołysanki do snu. Opowiadał mi, jak marzy, żeby zostać urzędnikiem. Jest niesamowity, rozmarzony, bardzo często bity w szkole, bo nie rozumiał czegoś. Powoli wszedłem do sali i usiadłem na stołeczku obok Heraklesa i Kleofasa.
Kilka sekund po mnie do Sali wszedł pan Orfeusz, który uczył greckiego alfabetu. Miał na sobie drewniane sandały, jego ulubiony chiton joński i długą czapkę. W ręku trzymał dużą drewnianą tabliczkę oraz garść trzcin, z których kapał tusz. Dawał je nam, żebyśmy mogli notować na swoich tabliczkach, to czego musimy się nauczyć. Były one jak współczesne zeszyty, a trzciny jak długopisy. Pan Orfeusz miał poważną minę, przez całą lekcję dziwnie wpatrywał się w każdego ucznia po kolei, jakby sprawdzał, czy ktoś przypadkiem nie spogląda – jak zazwyczaj Herakles – gdzieś na ścianę, czy w okna. Wydawał mi się bardzo dziwny, a jego głos był tak nudny, że musiałem powstrzymywać się od zaśnięcia na jego lekcjach.
– Witajcie – powiedział z powagą w głosie, po czym odłożył swoją tabliczkę na stolik, który stał przy naszej glinianej tablicy.
– Witaj panie Orfeuszu. – odpowiedzieliśmy chórem.
Pedagog podchodził i każdemu podawał trzciny, które wcześniej były maczane w tuszu, mieliśmy nimi pisać na tabliczkach. Jego twarz wyglądała, jakby mówiła, coś w stylu „Muszę ich czegoś nauczyć, nie mam wyboru! Niestety…”.
– Na naszej pierwszej lekcji powiemy sobie o historii alfabetu greckiego. – rozejrzał się po klasie, swoimi czarnymi oczami. Wyglądały jak smoła, w której można utonąć i nigdy nie wypłynąć. Na wielkiej tablicy napisał „Alfabet Grecki – Historia”. – Alfabet ten powstał w IX wieku. Służy on do nauki języka greckiego. My, jako Grecy, powinniśmy znać cały ten alfabet, umieć porozumiewać się za jego pomocą – ciągnął.
Po tym jak rozejrzał się po klasie, a Herakles dostał ochrzan, bo patrzył się w okno, na tablicy zaczął „rysować” znaki, dotychczas mi nieznane.
– Któryś z uczniów potrafi powiedzieć mi, jak nazywają się napisane przeze mnie litery?
Zapadła cisza. Nikt nie podniósł ręki. Słychać było tylko nasze oddechy i podmuch wiatru. Rozejrzałem się dookoła – cały czas nikt nie podniósł ręki.
– Do… – zaczął pan Orfeusz. – Amonie, wiesz jak się nazywają te litery?
Spojrzałem za siebie. Siedział tam Amon, ciemnowłosy chłopiec z bardzo jasnymi oczami. Był zdecydowanie najmądrzejszym chłopcem w klasie. Jeszcze nigdy nie miał kary fizycznej – to znaczy nie był bity, jako jedyny w szkole. Zdecydowanie został ulubieńcem wszystkich pedagogów – pana Orfeusza, pana Melecjusza… I innych nauczycieli. Najgorzej mu szło Wychowanie Fizyczne, którego nauczał – według mnie i Heraklesa. – bardzo groźny pedagog o złowieszczym wyglądzie, pan Agaton, jego imię oznaczało „dobry”, ale raczej to określenie nie pasowało do charakteru…
– Wiem, proszę pana. – odpowiedział cieniutkim głosikiem. – Pierwsza litera, którą pan narysował nazywa się alfa, zaś druga to beta, a ostatnia nosi nazwę gamma, proszę pana.
– Bardzo dobra odpowiedź, Amonie.
     Do końca lekcji nauczyliśmy się pięciu pierwszych liter z alfabetu greckiego. Alfa,
beta, gamma, delta, epsilon… Po tym jak poznaliśmy od czego się nazywają, jak wyglądają i jak poprawnie się je wymawia, zaczęliśmy rysować je na naszych tabliczkach. Mi najtrudniej było narysować deltę oraz betę. Herakles, który nic nie rozumiał, zaczął się o wszystko mnie pytać, a ja nie umiejąc mu odpowiedzieć, rzekłem:
– Heraklesie, muszę to przepisać, przepraszam.
Po jakimś czasie się na mnie obraził, ale (tradycyjnie) po chwili zmiękł i znów na jego twarzy pojawił się promienny uśmiech.
Następną lekcję mieliśmy z panem Melecjuszem, który nauczał Wychowania
Religijnego.
Wszyscy przeszliśmy do jasnej sali, która była jeszcze mniejsza od tej, w której odbywają się lekcje z panem Orfeuszem. W tej salce nie było stołeczków. Na podłodze leżały poduszki, na których zapewne mieliśmy siedzieć, a w kątach zostały zapalone duże świece. Pan Melecjusz czekał na nas w pomieszczeniu. Był uśmiechnięty, a na sobie miał tradycyjny chiton, chodził boso. Nauczyciel Wychowania Religijnego był bardzo wysoki, szczupły i cały czas uśmiechnięty. Z jego lekcji wywnioskowałem, że ma taki świetny humor, ponieważ wtedy nie zraża się uczniów do swoich lekcji i mogą się więcej nauczyć,  no i jest wtedy świetna atmosfera. Na każdą lekcję pan Melecjusz przynosił nową drewnianą tabliczkę, na której były wypisane „rzeczy”, których musimy się nauczyć na tych zajęciach. Trochę tak jak kartki ze współczesnego podręcznika do religii.
– Witajcie chłopcy. Wchodźcie do Sali i usiądźcie na poduszeczkach.– powiedział. Wskazał nam kamienną podłogę, na której zostały ułożone wielkie poduszki. – Usiądźmy i nauczmy się być prawdziwymi grekami.
Wszyscy odłożyliśmy nasze tabliczki za poduchę i po turecku usiedliśmy na nich. Były bardzo miękkie, zrobione z tkaniny lnianej, w rogach umieszczono czarne frędzelki. Usiedliśmy. Pan Melecjusz rozsiadł się obok nas i poprawił swój chiton.
– Chłopcy, jesteśmy na lekcjach z Wychowania Religijnego. Nauczymy się o religii, o wierzeniach naszego kraju, o wierzeniach Greków. Pierwsze pytanie – w co wierzą Grecy? W co wierzymy my?
Radosnym spojrzeniem rozejrzał się po wszystkich chłopcach. My się tylko zastanawialiśmy, mieliśmy bardzo zaciekawione miny. Po kilku minutach grobowej ciszy, ręka Heraklesa wyskoczyła w górę. Byłem zdziwiony, bo on nigdy, odkąd pamięta, nie zgłosił się na lekcji. Był bardzo nieśmiały, taki mały jąkający się chłopiec.
– Heraklesie, odpowiedz.
– Ale… ja… Zapomniałem – wydusił z siebie. Po jego twarzy zaczęły spływać łzy. Małe przezroczyste łezki, należące do małego greka.
– Spokojnie, Heraklesie. Spróbuj powolutku. – uspokajał go.
Amon (jak zwykle) podniósł rękę w górę i zaczął cicho jęczeć – „Ja wiem, proszę pana. Ja…”. Na pewno pan Melecjusz to słyszał i widział rękę Amona, ale wyraźnie chciał, żeby Herakles pokonał swą nieśmiałość i odpowiedział na pytanie. Herakles zebrał się na odwagę i po cichu odpowiedział:
– Grecy, czyli my, wierzymy w bogów olimpijskich. Wierzymy, że bogowie mają wpływ na ludzkie losy, dlatego też wznosimy świątynie na ich cześć i odmawiamy modlitwy – wyjąkał. Łzy przez cały czas spływały mu po policzku, lecz widać było, że jest z siebie dumny.
– Bardzo dobrze, Heraklesie – powiedział pan Melecjusz.
Przez całą lekcję mówiliśmy o dwunastu największych bogach olimpijskich. Największym z nich był Zeus, przez niektórych nazywany „Dzeus”. Miał dwoję braci – Hadesa oraz Posejdona. Jako rodzeństwo podzielili się władzą nad światem. Zeus miał władać niebem, Posejdon został Królem Mórz i Oceanów, a Hades zamieszkał w podziemiach i kierował światem umarłych. Atena, Hermes, Artemida, Hefajstos, Hestia, Afrodyta, Apollo, Ares oraz Hera, to pozostała dziewiątka Bogów Olimpijskich. Atena była boginią mądrości, córką Zeusa oraz Metydy. Hermes urodził się jako syn Mai oraz Zeusa, jest bogiem kupców, złodziei oraz podróżnych. Artemida była boginią lasów i łowów, uchodziła za dziecko Zeusa i Leto. Hefajstos, czyli drugi syn Zeusa i Hery był bogiem ognia i kunsztu kowalskiego. Hestia była siostrą Zeusa, Posejdona oraz Hadesa, opiekowała się ogniskiem domowym. Ślubowała dziewictwo, jak Atena i Artemida.  Afrodyta, to żona Hefajstosa i kochanka Aresa, bogini miłości. Według mitów narodziła się z piany morskiej u wybrzeży Cypru.  Apollo był najprzystojniejszym bogiem, jego rodzicami są Leto oraz Zeus. Ares, to bóg wojen, syn Zeusa oraz Hery. Ostatnim bogiem olimpijskim, a raczej boginią jest Hera. Była ona siostrą i jednocześnie żoną Zeusa, opiekunką małżeństw oraz kobiet.
  Następne lekcje, które się odbyły, to Wychowanie Fizyczne, Wychowanie Moralne oraz Wychowanie Muzyczne. Na zajęciach z groźnym panem Agatonem musieliśmy biegać na 2 kilometry. Również mieliśmy za zadanie rzucać dyskiem. Po tych zajęciach odbyła się lekcja z Wychowania Moralnego, którą prowadził pan Nestor. Uczyliśmy się kultury na ulicy oraz kulturalnych zwrotów do innych osób. Na lekcji z Wychowania Muzycznego śpiewaliśmy nabożne hymny, które grało się przy uroczystościach i procesach, oraz uczyliśmy się tańca chóralnego.

 

Dodał(a) Maja B
Dnia czwartek, 01 Sierpień 2013
Kategoria Poezja

Jedna odpowiedź do “Moj jeden dzien w greckiej szkole”

  • Opowiadanie wciągnęło mnie, przyznaję. Ten jeden dzień z życia greckiego chłopca, sprzed ponad dwudziestu wieków, choć przebiega w innych realiach, niż nasze wydaje się dość podobny do tego, co zna każdy współczesny uczeń, niezależnie od miejsca, w którym znajduje się jego szkoła. Zastosowanie opowiadania w pierwszej osobie pozwala się wczuć w sytuację głównego bohatera, a nawet jego kolegów, którzy tak bardzo przypominają naszych kolegów, podobnie jak nauczyciele starożytnej Grecji przypominają naszych, mniej lub bardziej lubianych nauczycieli. Autorce przy tej okazji udaje się nas czegoś nauczyć o tym jak wyglądało życie ludzi w starożytnej Grecji, a zwłaszcza jak mgła wyglądać szkoła i nauka w takiej szkole. W opowiadaniu pojawia się wiele słówek i zwrotów wymagających od czytelnika ich znajomości albo sięgnięcia do słownika i do Encyklopedii lub po prostu podręczników historii. Może, zwłaszcza dla młodszych czytelników, przydałby się na końcu opowiadania słowniczek greckich słów i nazw użytych w opowiadaniu? Na koniec pewne uwagi krytyczne – według mnie tekst wymaga jeszcze dopracowania stylistycznego i być może też samej budowy opowiadania, w czym najlepiej pomaga przeczytanie sobie utworu na głos lub poproszenie kogoś, żeby nam to przeczytał. Wtedy najlepiej ocenimy czy to jest ta wersja ostateczna, którą pokochaliśmy i nie chcemy innej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Google/Bing/Yandex Translate