Kszyk, czyli w oparach absurdu

Detektyw i komisarz przybyli na miejsce zbrodni. Pod drzewem znaleźli nieruchomo leżące ciało.

– Czy to…? – zaczął detektyw.

– Nie, to tylko śpiący funkcjonariusz. Zwłoki są nieco dalej.

Przeszli jeszcze kawałek, aż dotarli nad rzekę, gdzie często kąpali się nielegalni chińscy imigranci.

Tam znaleźli młodą kobietę w potarganym ubraniu, leżącą na ziemi. Detektyw przyjrzał się uważnie.

– Widzę ślad na palcu. Zapewne ktoś ściągnął jej pierścionek.

– Nie, nie. Jeden z moich funkcjonariuszy to zrobił. Wypadek przy pracy.

Nagle kobieta otworzyła oczy.

– Myślałem, że nie żyje – zdumiał się detektyw.

– Tak nam się zdawało. Może pamięta, kto jej to zrobił.

– Nic nie pamiętam – zaprzeczyła kobieta.

– Widocznie w wyniku uderzenia straciła pamięć. Dostała dużym i tępym narzędziem.

– Może to Rurk. Jest duży i tępy.

– W krzakach nieopodal znaleźliśmy młot. To bardziej prawdopodobne narzędzie zbrodni. Jest na nim dziesięć odcisków palców, dziewięć należy do moich funkcjonariuszy.

– A ten dziesiąty?

– Na razie nie wiadomo. Możliwe, że zostawił go zabójca.

– Przecież nikt nie zginął.

– Na razie nie, ale i tak wsadzimy go za zabójstwo. Masz chusteczkę?

– Tylko papier toaletowy, ale już się nim podtarłem.

– Nic nie szkodzi.

Detektyw podał komisarzowi kawałek zużytego papieru toaletowego, a tamten głośno, niczym stado przebiegających nienaoliwionych nosorożców, wytarł sobie w niego nos.

– Ma pan katar?

– Nie, ale ubrudziłem się, gdy jadłem loda.

– Ale teraz ma pan kupę na twarzy.

– Nic nie czuję. Chyba mam katar.

Podszedł do nich ubrany w granatowy wams skośnooki blondyn. Popatrzył dziwnie na komisarza.

– Przybyłem, by poinformować, że poszkodowanej wróciła częściowo pamięć. Można ją przesłuchać.

Funkcjonariusz odszedł, zostawiając za sobą mokre ślady, jakby dopiero kąpał się w rzece.

– Coś mi tu śmierdzi – stwierdził detektyw.

– Puściłem bąka.

– Nie, to coś innego. Coś jak wczorajszy budyń albo niedojedzona kanapka z dżemem.

– O nie, moja kanapka z dżemem. Wczoraj jej nie dojadłem.

– I co pan z nią zrobił?

– Zostawiłem w radiowozie. Pójdę po nią, a pan niech przesłucha tę kobietę. Tylko delikatnie.

– Jak zawsze.

Pewna kobieta dostała po głowie od nieznanego napastnika. Wpadła w oko detektywowi, ale ten był w pracy i musiał robić swoje. Poszedł ją więc przesłuchać, bo funkcjonariusze byli bardzo zajęci udawaniem, że są zajęci.

– Dzień dobry. Pamięta mnie pani?

– Nie bardzo.

– Parę minut temu stałem nad panią i pomogłem wstać.

– Dalej nie pamiętam.

– A przypomina pani sobie coś, co działo się przed atakiem?

– Jakim atakiem?

– Tym, w którym dostała pani w głowę.

– Nie pamiętam żadnego ataku. Ostatnie co sobie przypominam, to jak kąpałam się w rzece i usłyszałam

kogoś podchodzącego do mnie od tyłu. Miał skrzypiące buty i dyszał jak maratończyk onanista.

– A jakie majtki pani nosi?

– Czerwone stringi, ale ktoś mi je zabrał.

Obok przeszedł jeden z funkcjonariuszy. Z kieszeni wystawały mu czerwone stringi.

– Tak, zupełnie nie wiem, co się z nimi stało.

Detektyw przypomniał sobie swoją pierwszą randkę z ukochaną o imieniu Penelopa. Cały czas nawijał do niej o kursach walut. Następnego dnia jego luba opuściła kraj i więcej jej już nie widział.

Wrócił komisarz, zajadając kanapkę.

– I co, dowiedział się pan czegoś?

– Nasza ofiara mało pamięta. To był silny wstrząs.

– Chmmm… Czyli nieprędko dopadniemy zabójcę. Myślałem, że przynajmniej zrobiła mu zdjęcie albo on zgubił dowód osobisty. A tak to prawie nic nie mamy.

– Są jeszcze te odciski palców.

– Nie, to moje. Przez przypadek dotknąłem młota. Myślałem, że to grzebień. Zabójca musiał mieć rękawiczki, gdy zaatakował.

– Rzeczywiście, jest trochę zimno. A może napastnikiem był jeden z nas… to znaczy z naszych funkcjonariuszy. Tam było pełno ich odcisków.

– Tak, to równie prawdopodobne jak to, że Ranczerzy wygrają Puchar Świata.

– Ale ich drużyna rozpadła się dwadzieścia lat temu.

– No właśnie. Dzisiaj już nic więcej nie zrobimy. Zaraz, na czym pan stoi?

Detektyw przesunął się kawałek w bok. Na ziemi leżała para jedwabnych rękawiczek.

– Dowód rzeczowy! – wykrzyknął komisarz. – Zgniótł pan najważniejszy dzisiaj dowód rzeczowy.

– Nie, te rękawiczki są moje. Upuściłem je. Mówiłem, że dzisiaj zimno.

– Czemu więc ich pan nie nosi?

– Bo mi ciepło.

– Ale ma pan całkiem sine dłonie.

– Och, to. Ubrałem za ciasny podkoszulek.

– Skoro ich pan nie potrzebuje, chętnie je wezmę. Nie wiedziałem, co kupić żonie na urodziny.

– Nie sądziłem, że ma pan żonę.

– Bo nie mam, ale gdybym miał to dałbym jej te rękawiczki.

– W takim razie jednak zachowam moją własność.

Po chwili znów podszedł do nich skośnooki blondyn.

– Przepraszam. Mam coś do powiedzenia.

– Wynoś się! Kończymy na dzisiaj.

– Ale to bardzo ważne.

– W takim razie mów.

– Puściłem bąka, ahahaha…. Tak, teraz na poważnie. Znaleźliśmy zabójcę.

– I gdzie on jest?

– Został zabity przez nieznanego zabójcę.

– Kurczę, przez jedną milisekundę miałem nadzieję, że to już koniec sprawy. Skąd wiecie, że ten pierwszy zabójca to ten, który nikogo nie zabił?

– Znaleźliśmy przy nim pamiętnik, w którym przyznał się do wszystkich zarzucanych mu czynów z ostatnich czterdziestu lat. Opisał nawet naszą ofiarę. To jego ostatni wpis.

– Jakie majtki nosiła poszkodowana?

– Czerwone stringi.

– Faktycznie, to jego pamiętnik. Pokrywa się z zeznaniami świadka.

– Chodźmy zobaczyć tego zabitego zabójcę – zdecydował komisarz. – Żona musi poczekać.

Detektyw i komisarz dotarli na miejsce, gdzie wyłowiono z rzeki ciało niedoszłego zabójcy. Był ubrany w czarny golf, spodnie tego samego koloru, a na głowie miał kominiarkę.

– Poszedł popływać w ubraniu? Dziwne.

– Podejrzewam, że ktoś wrzucił go do rzeki.

– No tak. Ściągnijcie mu kominiarkę, chcę poznać twarz tego złoczyńcy.

Funkcjonariusze posłusznie wykonali zadanie. Detektyw i komisarz jednocześnie westchnęli.

– To Chińczyk – stwierdził detektyw.

– To mój brat – rzekł komisarz. – Eee… Czemu tak na mnie patrzycie? Moja matka poślubiła czarnoskórego Muzułmanina, dlatego ja jestem biały.

– Zawsze przypominał mi pan Indianina.

– Nieważne. Dlaczego mój brat zaatakował tę biedną kobietę?

– Z jego pamiętnika wynika, że był notorycznym dewiantem seksualnym – powiedział skośnooki blondyn.

– To niczego nie wyjaśnia. Skąd niby miał młot?

– Kupił w sklepie „Wszystko za darmochę”, w którym zresztą pracował. To też było w pamiętniku.

Detektyw zerknął przez ramię policjanta, który akurat zaprezentował znaleziony skoroszyt.

– Dziwne. Ostatni wpis jest wykonany innym długopisem, wyraźnie widać też zmieniony charakter pisma. Ktoś musiał to dodać później.

– Proszę nie komplikować – przerwał komisarz. – Jest tam coś o mnie?

– Tylko tyle: „Ten stary fiut wisi mi pieniądze”.

– To nieprawda! Oddałem mu je pięć lat temu. Co prawda nie było go wtedy w domu, więc zostawiłem sąsiadowi, ale myślałem, że przekazał.

– Widocznie tego nie zrobił.

– Mniejsza o to. Coś znaleźliście? Jakieś tropy?

– Tylko kilka odcisków kopyt saren i łap lisów.

– Rzeczywiście niewiele. To co, kończymy sprawę?

– Nic jeszcze nie zrobiliśmy.

– No tak, szukajcie więc dalej, a ja pójdę coś zjeść.

Komisarz udał się w kierunku pełnych kleszczy krzaków. Ukrył się za nimi, ale po chwili wybiegł z przestrachem. Za nim kroczył wysoki czarnoskóry policjant.

– Dlaczego obsikał mi pan spodnie? – rzucił z wyrzutem.

– Przepraszam, myślałem, że jest pan drzewem.

– Nie jestem.

– Następnym razem będę pamiętał. Co tam z naszym śledztwem?

– Stanęło i się nie rusza.

– Zupełnie jak mój chomik. Kupiłem go żonie, ale zapominała dawać mu jeść.

– Może dlatego, że nie ma pan żony.

– Kompletnie o tym zapomniałem. Tak to jest pracować z wariatami.

– Chyba nie mówi pan o mnie – oburzył się detektyw.

– Nie, o całej reszcie.

– Ale chyba beze mnie? – wtrącił skośnooki blondyn.

– Ani o mnie? – zapytał gdzieś wysoko ponad nimi czarnoskóry policjant.

– Oczywiście, że nie. Kogo dzisiaj nie ma?

– Gilberta.

– Tak, mówiłem o Gilbercie. To on jest wariatem.

– Oj, trzeba mu za to obciąć pensję.

– Tak, nie można tego tolerować. Chyba muszę go wylać. Który to?

– Ten skośnooki Chińczyk.

– Połowa mojego komisariatu to skośnookie Chińczyki.

– To i tak lepiej, niż w sąsiednim mieście. Tam tylko pies policyjny nie jest Arabem.

– O, to może ich pan wszystkich wylać – zasugerował wysoki Afroamerykanin.

– Zgadza się, wyrzucam wszystkich. Nie ma głupiego usprawiedliwiania się, będę nieugięty.

– To niesprawiedliwe. Jestem tylko w połowie Chińczykiem, od pasa w górę – żalił się skośnooki blondyn.

– A ja? Mam robotę do wykonania – powiedział ktoś inny.

– Dobra, dość. Możecie zostać. Kogo dzisiaj nie ma?

– Już mówiłem, że Gilberta.

– To wyrzucę tylko jego. Jestem taki skołowany. Kontynuujmy śledztwo.

– Co mam robić? – zapytał wysoki policjant.

– A co pan dotąd robił?

– Nic.

– To niech pan kontynuuje. A ja z resztą postaramy się złapać zabójcę.

– Przecież mieliśmy iść do domu. Już zamówiłem pizzę.

– A ja prostytutkę na noc. I co z tego?

– Do wieczora jeszcze kilka godzin.

– Mniejsza z tym. Kurczę, nie tak łatwo dopaść tego zabójcę. Powinien kręcić się niedaleko miejsca zbrodni.

– Chciałem zgłosić, że jakiś podejrzany typ kręcił się tutaj, gdy przyjechaliśmy – zameldował jeden z funkcjonariuszy.

– I gdzie teraz jest?

– Złożył zeznanie i wypuściliśmy go.

– Co powiedział?

– Cytuję:” Cha, cha, cha. Jestem zabójcą, nie złapiecie mnie”. O rety, jak to teraz czytam…

– Wypuściłeś groźnego psychola. Pamiętasz chociaż jak wyglądał?

– Miał na twarzy kominiarkę.

– I cię to nie zdziwiło?

– Było zimno. Sam ubrałem się w futro z norek.

– Chwileczkę – wtrącił detektyw. – Ten facet, którego znaleźliśmy miał na twarzy kominiarkę, więc idziemy w złym kierunku. Nie szukamy go, bo już znaleźliśmy.

– W takim razie kogo?

– Tego drugiego zabójcy.

Nagle rozległ się wystrzał i krzyk. Wszyscy rzucili to co mieli w rękach i pobiegli zobaczyć, co się stało.

Gdy detektyw z całą resztą dotarli na miejsce, skąd dobiegł wystrzał, było już za późno. Na ziemi leżał technik policyjny, a nad nim stał Rurk z pistoletem w ręku i dumą na twarzy. Obok niego kręcił się skośnooki blondyn z przestraszoną miną.

– Kto tak krzyczał? – zapytał komisarz.

– Ja. Znalazłem zabójcę. Rurk go zastrzelił – stwierdził skośnooki blondyn.

– On nie ma pozwolenia na broń.

– Zabrał mi pistolet.

– Dobra robota – pogratulował mu komisarz. – Śledztwo zakończone.

– Chwileczkę! Nadal nie wiemy, czy to na pewno nasz technik był zabójcą.

– Jasne, że tak. Ma to wypisane na twarzy.

– Gdzie? Nie widzę śladów długopisu.

– To takie powiedzenie. Facet próbował zatrzeć ślady. Zanim Rurk go zastrzelił, powiedział, że zaatakował zarówno kobietę jak i tego faceta w kominiarce. Przyznał się też do popełnienia wszystkich nierozwiązanych zbrodni z ostatnich sześćdziesięciu lat.

– Ale on mi wygląda najwyżej na trzydziestolatka.

– Pozory mylą. Pewnie był starszy od mojej babci, ale dobrze się maskował. I tak zaraz umarłby ze starości. W dodatku miał przy sobie TO.

Blondyn wystawił otwartą dłoń. Leżała na niej zużyta prezerwatywa.

– Nie, zaraz, mam to w drugiej ręce.

Detektyw przyjrzał się. Ową rzeczą był pierścionek zaręczynowy.

– Chciał się komuś oświadczyć?

– Wyciągnął go z kieszeni faceta w kominiarce. Rurk może potwierdzić.

– Nie przeszukaliście wcześniej ciała?

– Michael miał to zrobić.

– Nieprawda, Peter powiedział, że przeszuka.

– John mówił, że to zrobi.

– Dobra, dość! – zakrzyknął komisarz. – Tak do niczego nie dojdziemy. Nasz biedny technik policyjny. Skończył technikum, a teraz tak skończył. Wszyscy są podenerwowani. Zaraz wystrzelamy się jak kaczki.

– Kaczki nie potrafią strzelać.

– Powiedz to tym gołębiom, które non stop puszczają pociski na mój samochód. Wracając do sprawy… Możliwe, że pozbyliśmy się niewinnego człowieka. Trzeba to zatuszować. Michael, podrobisz odpowiednie dokumenty.

– Tak jest, szefie. Ale czy nikt nie zauważy, ze zaginął?

– Kto jest do niego podobny? Michael, zastąp tego zastrzelonego. Dam ci podwyżkę.

– Niech Gilbert go zastąpi. On ma doświadczenie w aktorstwie.

– Zaraz, to ten, co go nie ma?

– Tak.

– Przecież zwolniłem drania. Albo dobra, zrobię to później. Niech się do czegoś przyda. A co z tym zabójcą? Znaleźliśmy go, czy nie?

– Teoretycznie tak. Dokumenty już prawie podrobione.

– Michael, zapisz to w aktach. Sprawa zakończona.

– Chwileczkę – wtrącił detektyw. – Nie ma stu procentowej pewności, w zasadzie jest stu procentowa niepewność.

– No nie, znów sprawy się komplikują. Co teraz?

– Standardowo, szukajmy zabójcy zabójcy. To chyba proste.

– Mamy trop, ten pierścionek. Trzeba znaleźć męża ofiary. Mógł chcieć się zemścić.

– Męża tego Chińczyka?

– Nie, tej drugiej ofiary.

– Pańskiego brata?

– Nie! Chodzi mi o tę kobietę. Gdzie ona jest?

Wszyscy rozejrzeli się dookoła, ale nie dostrzegli nic interesującego.

– Zniknęła. Pewnie ktoś ją zgwałcił pod naszą nieobecność.

– Tu jestem! – krzyknęła kobieta. Wyszła zza wozu policyjnego.

– Co pani tam robiła?

– Nic, naprawdę. Kilka pompek dla zdrowia.

– Dlaczego ma pani zakrwawione ręce?

– Skaleczyłam się. Wpadłam w krzak róży.

– Na pani sukience jest więcej krwi niż na ubraniu rzeźnika.

– To był duży krzak.

– Aha, ma pani męża?

– Nie. Nikogo takiego sobie nie przypominam.

– Ja mam tak samo z żoną – westchnął komisarz. – To nam komplikuje tę wyjątkowo skomplikowaną sprawę. Już prawie mieliśmy tego męża – zabójcę.

– Czy przypadkiem nie miała pani na palcu pierścionka? – zainteresował się detektyw.

– Tak. Ktoś go zabrał!

– Czy to może pani zguba? – zapytał detektyw, pokazując pierścionek, wyrwany z rąk skośnookiemu blondynowi.

-Zgadza się. Gdzie go pan znalazł?

– Człowiek, który panią zaatakował miał go w kieszeni. Prawdopodobnie ściągnął z palca, gdy panią uderzył. W takim razie zapytam inaczej. Czy ma pani chłopaka?

– Chce pan ze mną chodzić?

– Nie. To znaczy… A zgodzi się pani?

– Oczywiście, że nie. Mam narzeczonego, który dał mi ten pierścionek.

– Szkoda. Oczywiście to było czysto służbowe pytanie. W takim razie, gdy znajdziemy pani kochanka prawdopodobnie zakończymy sprawę.

– Ale on już tu jest…

Do przodu przepchnął się wysoki czarnoskóry policjant. Kobieta sięgała mu nieco powyżej pasa.

– Pedro!

– Lucildo!

Uścisnęli się, słychać było trzask pękających żeber.

– Auu, nie tak mocno – jęknął Afroamerykanin.

– Przepraszam. Gdzie byłeś?

– Patrolowałem teren, upolowałem jelenia. Będzie na kolację.

– Ty jesteś zabójcą? Dlaczego wcześniej się nie przyznałeś? – oburzył się komisarz. – Oszczędzilibyśmy sobie kłopotu.

– Ja? Przecież jest teraz sezon łowiecki. Upolowałem tylko jednego małego jelenia.

– Małego? Ty zboczony kłusowniku.

– Nie no, był taki średni. W zasadzie to nawet duży.

– Jak duży?

– Bardzo duży.

– Załatwiłeś samca alfa, przywódcę stada. Za to grozi grzywna w wysokości trzystu dolarów.

– Trzysta dolarów – szepnął detektyw.

– No właśnie powiedziałem.

– Aha. Myślałem, że pyta pan, ile nam brakuje w tym miesiącu.

– No właśnie. Trzysta dolarów grzywny, płatne w gotówce.

– Zaraz, on zabił także zabójcę i naszego technika – rzucił któryś z funkcjonariuszy.

– Nie, technika zastrzelił Rurk.

– Tamtego zabójcę załatwił ktoś inny – usprawiedliwiał się Pedro. – Mam alibi. Był przy mnie John.

– Nie, ja byłem gdzie indziej. Przy tobie był John.

– No właśnie mówię.

– Chciałem powiedzieć Michael.

– Wcale nie. Ja wtedy spałem. Miałem ciężki dzień. – zaprotestował Michael.

– To pan był wtedy pod drzewem? – zaciekawił się detektyw. – Wziąłem pana za trupa.

– Co prawda jestem blady, ale…

– Więc ma pan alibi. Tylko Pedro nadal go nie ma.

– Czy naprawdę nikt nie widział dwumetrowego Afroamerykanina? – zdziwił się komisarz.

– Patrolowałem teren z Michaelem – powiedział Pedro. – Potem przybiegliśmy na miejsce zbrodni zobaczyć, co się stało. Nad facetem w kominiarce pochylał się Chińczyk.

– Nie Chińczyk, tylko ja – oburzył się skośnooki blondyn.

– Jak w ogóle masz na imię?

– Tsieng Tsa Tsung Mojang.

– Dobra, nieważne. Ten pieprzony Chińczyk stał nad nim i coś wkładał…

– Zboczeniec.

– Włożył mu coś do kieszeni. Kurczę, to był pierścionek, który dałem Lucindzie. W pierwszej chwili tego nie skojarzyłem.

– Co? To nieprawda. Przeszukiwałem tylko ciało.

– Podobno nikt go nie przeszukiwał.

– Nie no, Michael miał to zrobić.

– Wcale nie, bo John.

– Dość! Mam już tego dosyć! Robię sobie przerwę. Kto ma zaparzacz do herbaty?

– Ja, ale nie ma go gdzie podpiąć.

– No tak, jesteśmy w lesie. Dlaczego nie na przykład w elektrowni?

– Tam byliśmy w zeszłym tygodniu. Ukradłem im trochę prądu i wyniosłem w słoiku.

– Racja. Na czym skończyliśmy?

– Chciał pan pić herbatę.

– Tak, ale nie ma zaparzacza.

– Tak naprawdę…

– Cisza! Wracamy do śledztwa. Ten wysoki gość jest winny czy nie? Masz na imię Pedro, tak?

– Zgadza się. Ja tylko zastrzeliłem łosia… Nie! To był jeleń!

– Pomylił się. Bardzo podejrzane. – Rzucił ktoś z tłumu, który zebrał się nie wiadomo skąd.

– To z nerwów, naprawdę.

– Chwileczkę. A Chińczyk?

– Nazywam się… – zaczął blondyn.

– Nie obchodzi mnie to! Podrzuciłeś pierścionek?

– Po co miałbym to robić? Pedro kłamie.

– Kłamie i myli się. To podejrzane.

– Rasiści. Wszystko przez to, że jestem czarny?

– Zostawcie mój skarb w spokoju. On jest niewinny – Lucinda zaczęła bronić ukochanego.

– To Rurk strzelał! – krzyknął ktoś. – On zabił wszystkich!

– Co? Gdzie się podział Rurk? Odpowie za wielokrotne zabójstwo.

– Nic nie zrobiłem – dobiegł skądś głos Rurka.

– Gdzie jesteś? – zapytał zbity z tropu komisarz.

– Tutaj.

Komisarz skierował wzrok w dół.

– Dlaczego leżysz na ziemi?

– Ten pieprzony Chińczyk mnie wywrócił, gdy uciekał.

– Który Chińczyk?

– Ten pieprzony – rzekł niepewnie Rurk.

– Pewnie Michael.

– Hej, to nie ja. To John jest pieprzony.

– Wcale nie, wszystkiemu winien Alfred.

– Kto to jest Alfred?

– Nie wiem, tak rzuciłem bez sensu. Chciałem powiedzieć Gilbert.

– Ten, którego miałem wyrzucić? Jak mógł uciec, skoro go nie ma?

– Chodziło mi o… Tsieng Tsa Tsunga – dokończył powoli Rurk. – Skośnookiego blondyna.

– Uciekł? Winny zawsze ucieka. Łapać drania! – zakrzyknął komisarz i ruszył w pościg, a zanim cała reszta.

– Zaraz! On niczego nie zrobił.

Wszyscy zatrzymali się i spojrzeli na detektywa, który rzucił te śmiałe słowa.

Detektyw chwilę zwlekał z odpowiedzią, aż w końcu rzekł:

– Skośnooki blondyn nikogo nie załatwił, co najwyżej tylko podrzucił pierścionek. Miałem go cały czas na oku.

– Wytrzymałe ma pan to oko. Dlaczego więc uciekał?

– Wytłumaczę później. Według mnie zostają trzej podejrzani. John, Rurk i…

Nagle John wyciągnął broń i przyłożył ją do głowy Rurka.

– Nie ruszać się. Nie chcę nikogo krzywdzić, ale pozwólcie mi odejść.

– Zabiłeś mojego brata? – zapytał zdziwiony komisarz.

– Nie, ale i tak mi nie uwierzycie.

-Masz rację. Proszę w takim razie nie robić głupstw.

– Bo co? Wypuścicie mnie?

– Zastrzelimy jak tylko puścisz Rurka.

– Więc go nie puszczę. Nie ze mną te numery.

– Jakie są twoje warunki? – zapytał komisarz, a po cichu rzucił do detektywa. – Spokojnie, mam doświadczenie w takich sprawach.

– Chcę dwieście tysięcy dolarów i helikopter.

– Ktoś ma drobne? Nikt? No cóż, helikoptera też nie mamy. Możemy załatwić forsę do jutra rano.

– To za długo.

– Dostanie pan jutro pieniądze albo nic dzisiaj.

– W takim razie wybieram nic dzisiaj.

– Okej, czyli po kłopocie? Myślałem, że będzie trudniej.

John puścił Rurka i w tym samym momencie został postrzelony przez komisarza.

– Za co? – jęknął ranny. – Przecież puściłem zakładnika.

– No właśnie. Nie taka była umowa? Zresztą nieważne. To tylko małe skaleczenie.

– Odstrzelił mi pan pół ręki.

– Proszę się nie denerwować i opanować gniew. Nadal nie mamy zabójcy.

– Kto zginął? – zapytała postać stojąca za komisarzem. Był to jego brat, znaleziony w kominiarce na brzegu rzeki.

– Co? Mervin? Skąd się tu wziąłeś?

– Przyszedłem po pieniądze.

– Przecież jesteś martwy.

– Czy to wystarczający powód, by nie oddać mi forsy?

– Pięć lat temu ci wszystko zwróciłem.

– Nieprawda, nie kłam mi tu.

– Zaraz, to pański brat? – wtrącił się detektyw, ale został zlekceważony. Komisarz był wyraźnie rozsierdzony.

– Dlaczego zaatakowałeś tamtą kobietę?

– Przecież jestem zboczeńcem. Nie wiedziałeś?

– Muszę cię zamknąć albo zastrzelić.

– Ja ci zaraz dam, ty fiucie.

– Teraz mnie wkurzyłeś. Przywalić ci?

– O, wal śmiało, stary zgrzybiały dziadu.

Mimo zapewnień komisarz zamiast użyć pięści wyciągnął broń i wystrzelił. Spłoszył tym ptaki, które lecąc narobiły mu na czapkę. Marvin zatoczył się do tyłu i został porwany przez silny prąd.

– Trzeba zanotować, że zginął w walce ze stadem rekinów. Przynajmniej nikt nie będzie zadawał niewygodnych pytań.

– Wygląda na to, że to pan jest zabójcą, którego szukamy – szepnął detektyw.

– Naprawdę? Więc to koniec śledztwa?

– W pewnym sensie. Teraz trzeba jeszcze uzupełnić formalności.

– Mniejsza o to. Wreszcie będę mógł wrócić do domu. Michael podrobi tylko odpowiednie dokumenty. Michael? Michael!

– Chyba ktoś go sprzątnął, panie komisarzu – doniósł Rurk.

Michael zaginął i najpewniej zginął. Znaleźli tylko jego palec. To było bardzo stresujące.

– Czy to na pewno nie jest to, co myślę? – zapytał komisarz.

– Nie, to na sto procent palec.

– Może po prostu komuś odpadł. Nie róbmy afery.

– Podsumujmy, zostało nas siedmioro. Pedro, Lucinda, Rurk, ja i pan oraz jeszcze tych dwóch gliniarzy, którzy i tak zaraz zginą – powiedział detektyw do komisarza. – Ktoś po kolei nas wykańcza, podrzucając coraz to nowsze dowody zbrodni. Jakby chciał się z nami bawić albo zależało mu na tym, byśmy nie odjechali przed zmrokiem.

– Rurk, dlaczego trzymasz w rękach zakrwawioną piłę?

– Znalazłem ją w samochodzie.

– Przecież ty nie masz samochodu.

– W tym należącym do komisarza – rzekł Rurk z tępym wyrazem twarzy.

Wszystkie spojrzenia utkwiły w komisarzu, który zaczął nerwowo przebierać nogami.

– Nie wiem, skąd się tam wzięła. Może ciąłem nią drewno.

– Dlaczego jest na niej krew?

– Musiałem skaleczyć jakiegoś robaka. Chyba że to farba. Ostatnio malowałem mieszkanie, a nie miałem pędzla ani wałka. Lubię czasem poeksperymentować. Niekiedy pracuję jako drwal, dorabiam sobie do pensji.

– Zarabia pan cztery razy więcej od nas.

– Ale ja mam żonę i duży dom.

– Chwileczkę, coś sobie przypomniałem…

Detektyw podszedł do Lucindy, która o mało nie zemdlała. Miał nadzieję, że to nie z powodu jego zapachu.

– Pani wychodziła zza radiowozu, miała zakrwawione ręce.

– Mówiłam już, że…

– Kłamie pani. Czytam z pani twarzy jak z otwartej rozkładówki Playboya.

– Dobrze. Ja to zrobiłam. Bałam się, że skażecie Pedra.

– Dlaczego?

Nagle Pedro wyciągnął sporego gnata i strzelił do dwóch stojących najbliżej gliniarzy. Przezornie ubrali oni kamizelki kuloodporne, ale były chińskie, więc przepuściły wszystkie kule.

– On ich zranił! – krzyknął komisarz. – To jakiś czarnoskóry szaleniec.

– To, że kogoś zastrzeliłem, nie powoduje, że możecie mnie obmawiać. Jesteście rasistami, od początku to wiedziałem.

– Proszę się uspokoić.

– Nic z tego. Wiedziałem, że moja kryminalna przeszłość w końcu wypłynie. Tak, to ja załatwiłem wszystkich.

– Ty rasisto! – ryknął komisarz i rzucił się na Pedra. Ten z rozmachem uderzył go w głowę swoją spluwą.

– Zamknąć się! Teraz to ja dyktuję warunki. Dostałem cynk, że w naszej policji jest psychopata. Domyśliłem się, że o mnie chodzi, więc musiałem działać, bo gliniarze byli na moim tropie. Namówiłem narzeczoną na ten sprytny plan. Miała udawać poszkodowaną, dla niepoznaki walnąłem ją młotem. Musiałem odwrócić uwagę wszystkich i wymyślić zbrodnię tak skomplikowaną, by zeszło wam do jutra rano.

– Czemu akurat tak?

– Cisza! Bo wtedy miałem dostać wypłatę i uciec z narzeczoną zagranicę. Ten zboczeniec w kominiarce pojawił się przypadkiem, więc żeby było ciekawiej jemu też przyładowałem, a potem dopisałem kilka słów w pamiętniku i podrzuciłem pierścionek do kieszeni. Zastrzeliłem technika i przekonałem Rurka, by się do tego przyznał, bo był to groźny zabójca. Potem jeszcze moja narzeczona miała mu uciąć palec i podrzucić dla zmyłki, ale zrobiła to tak nieudolnie, że wszystko się spieprzyło.

– Po co nam o tym, do cholery, mówisz?

– Nie wiem. Mogłem milczeć, ale co by to zmieniło?

– Nie miałbyś procesu z połowy kodeksu karnego.

– No tak. Za późno. Teraz was wszystkich zastrzelę.

– Czekaj. Jeszcze się dogadamy. W dodatku masz tylko dwa naboje.

– Nieprawda.

Pedro wystrzelił trzykrotnie w powietrze.

– I co? Blefowałeś. Były trzy.

– Dobra, brać go!

– Jak? Nadal jest dwa razy wyższy.

– No to co? Czy wszystko muszę robić sam?

Komisarz wstał, by znowu dostać w głowę, tym razem pięścią. Pedro odrzucił pistolet i zaczął uciekać. Nie udało mu się oddalić, bo wpadł w pułapkę na niedźwiedzie, zastawioną przez myśliwego-psychopatę.

– Ha. I co, teraz się nie stawiasz? Już nie jesteś taki wysoki, co?- zaśmiał się komisarz.

– Jasne, że jestem. I nadal mam siłę w rękach.

Komisarz dostał w twarz po raz trzeci, więc się zamknął. Afroamerykanin został pojmany i zapakowany do radiowozu.

– Jestem spóźniony. I co ja teraz powiem żonie?

– Że miał pan pracowity dzień.

– Przynajmniej zdążę jeszcze na spotkanie z dziwkami.

Wsiedli do samochodu i odjechali wąską ścieżką. Po chwili jednak komisarz kogoś potrącił.

– To tylko wiewiórka – powiedział.

– Ale ten koleś nadal leży na masce.

– Już nie leży. To pewnie jakiś pijak.

– Podobny do tego poszukiwanego psychopaty o pseudonimie Kszyk.

– Tym lepiej. Nawet po pracy zwalczam przestępczość.

Licencja :CC BY-NC-ND 4.0 Wszelkie prawa należą do autora.
Tryb Czytania/Pobierz na później (TextFilter)
Dodał(a) fanthomas212
Dnia wtorek, 14 Luty 2017
Kategoria Proza

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.