Eastern

Quedy siedział w podrzędnym saloonie gdzieś na dalekim Dzikim Zachodzie i spoglądał na dziurawe dno swojego kufla. Część drogocennego napoju rozlała się po stole, a potem kropla po kropli skapała w dół i poplamiła spodnie kowboja.– Dlaczego masz dziurawe kufle? – zapytał sprzedawcy.

– Więc mówisz, że kogoś szukasz? – Tamten od razu zmienił temat.

Dochodziło południe, a nie zaplanowano żadnego pojedynku. Mimo to ludzie siedzący w saloonie wyglądali z nadzieją za okno. Quedy miał to gdzieś. Nie przybył tu, by oglądać popisy rewolwerowców.

– Tak, szukam potomków pierwszych zdobywców, czyli chińskich kolonizatorów.

– To znaczy żółtoskórych i skośnookich? Cha, cha. Każdy wie, że pierwszy był Kolumb.

– Dobra, nie gadam z gburami. Nic nie wiesz. Mój szef ma twarde dowody.

– Tak? Ciekawe jakie?

– Nie muszę ci o tym mówić.

Kopia starego woluminu zwanego Księgą Gór i Mórz spoczywała w torbie Quedy’ego. Znajdowało się tam wiele ciekawych informacji dotyczących Nowego Świata, który Azjaci odkryli jeszcze przed Kolumbem. Przede wszystkim jednak była tam mapa prowadząca do skarbu, o którym nikomu się nawet nie śniło. Na razie jednak tylko on o tym wiedział, dla reszty były to tylko nic niewarte bazgroły.

Quedy wstał od stolika i już miał wyjść, ale stwierdził, że nie ma torby. Przecież przed chwilą leżała koło jego nóg. Rozejrzał się i stwierdził, że jeden z grubych wieśniaków ma jego zgubę.

– Hej, oddawaj to, tłuściochu!

– Coś mówiłeś? Bo chyba mi się zdawało.

– Nie masz dzisiaj szczęścia, szmaciarzu. Zabrałeś moje rzeczy.

– A co tam trzymasz? Pamiętnik księżniczki? Chłe, chłe.

Ludzie wstali z miejsc, oczekując wreszcie porządnej dawki emocji, czyli pojedynku rewolwerowców. W tym przypadku można by bardziej mówić o walce wieśniaka z dżentelmenem. Żaden z nich nie miał przy sobie naładowanej broni, co prawda kilka osób było ofiarnych pożyczyć jakiś rewolwer. W końcu taka zniewaga wymagała zapłaty. Quedy miał jednak nieco inne zdanie na ten temat.

– Rudy! – krzyknął.

W wejściu pojawił się wysoki i muskularny facet, którego jedno spojrzenie posadziło na krzesła większą część obecnych. Gwar i podżeganie do starcia ucichły, tylko kilka wielkich much nadal bzyczało, mając gdzieś zamieszanie.

– Jakieś kłopoty, szefie? – zapytał nowo przybyły. Grubas pospiesznie oddalił się w najdalszy kąt, zostawiając nie swoją torbę.

– Nie, już nic – odrzekł kowboj. – Ruszamy dalej.

Wyszli z saloonu na spieczoną żarem ziemię małego miasteczka gdzieś na peryferiach świata. Niektórzy twierdziliby, że pora była odpowiednia na zrobienie jajecznicy na zewnątrz, bo Słońce grzało niemiłosiernie. Mało kto wychodził z domów, dlatego wszędzie panowały pustki.

– Dowiedziałeś się czegoś? – zagadnął Rudy.

– Ludzie nie są zbyt rozmowni, prędzej dogadałbym się z kawałkiem drewna. Większość to gbury i nawet jeśli coś wiedzą, to i tak zachowają wszystko w tajemnicy, dopóki im nie zapłacisz. A mi skończyły się już pieniądze.

– Wiesz co, sam pierwszy raz od ciebie usłyszałem o tych żółtoskórych Indianach. Gdzie teraz?

– Jak myślisz, czy zapuszczanie się na terytorium Indian to dobry pomysł?

– Nie znamy ich języka, prosty angielski tu nie pomoże. To dzicy ludzie. Oskalpują nas, a potem naszymi wnętrznościami nakarmią swoje rodziny.

– Chyba nieco przesadzasz. Nie są ludożercami, na oskalpowaniu poprzestaną.

– Niezbyt mnie pocieszyłeś.

Quedy poznał swojego obecnego kompana, po tym jak został napadnięty i dwukrotnie okradziony zaraz po wyjściu z burdelu. Rudy zaopiekował się nim i dał trochę pieniędzy, w zamian za obietnicę niezwykłych przygód. Niestety forsa szybko się skończyła i obaj byli teraz biedni jak dwie myszy kościelne. Musieli skądś zdobyć nowe środki do życia, dlatego zaczaili się w ślepej uliczce i wypatrywali potencjalnych darczyńców.

– Dobra, widzisz tamtego faceta?Ty go nastrasz, a ja zabiorę mu forsę – powiedział Quedy.

Ich celem był chuderlak z przestraszoną miną. Widać było, że jest nowy w mieście. Rozglądał się dookoła, jakby wszystko go ciekawiło.

– Może pójdziemy do kopalni i zarobimy uczciwsze pieniądze? – zaproponował Rudy. – Wiesz, jeszcze nigdy nikogo nie okradłem. Jestem porządnym człowiekiem.

– Nie, musimy szybko wydostać się z miasta. Mój szef nie będzie czekał całą wieczność na postępy misji.

– To co mam zrobić? Tak po prostu podejść?

– Byle szybko, bo ktoś inny go napadnie.

Rudy nie był przekonany, mimo to ruszył za chudym facetem. W pewnym momencie szturchnął go w ramię. Tamten podskoczył i odwrócił się.

– Co jest? – zapytał.

Rudy nie wiedział, co powiedzieć.

– Przepraszam – bąknął. – Ja… tego… Potrzebuję funduszy na wyprawę za miasto.

Obok niego pojawił się Quedy i splunął. Wziął sprawy w swoje ręce.

– Oddawaj nam forsę, chłoptasiu. Bo zrobimy ci krzywdę.

– Nie, proszę… Nie mam nic przy sobie. Zaraz… To ty, Quedy?

– Nie bierz mnie na litość. Nie wiem, skąd znasz moje imię, ale to na pewno ci nie pomoże.

– To ja, Bill. Uczyliśmy się w jednej szkole.

Quedy westchnął. Akurat musiał trafić na jednego z dawnych przyjaciół. Jak takiego obrabować?

– Dobra, pozwolę ci żyć. Eee… Wiesz, takie żarty robimy sobie z kumplem. Jasne, że od razu cię poznałem. Tylko mam pewien kłopot. Nie pożyczyłbyś mi trochę forsy?

– Chmmm… Mógłbym. Widzę, że marnie wyglądasz. To niebezpieczne miejsce dla ludzi takich jak ty.

– A tobie dobrze się powodzi?

– No pewnie. Jestem właścicielem tutejszego burdelu. Przychodzi dużo klientów, łatwo można skroić leszczy z kasy.

– Ahaaa. Czyli możesz mi pożyczyć?

– Jedną dziwkę?

– Nie no, forsę. Potrzebuję tyle, by kupić zapasy jedzenia i przejazd na terytorium Indian.

– Masz szczęście. Jestem też właścicielem saloonu i kilku dyliżansów. Chodźcie za mną.

Zaprowadził ich do swojego domu, a po niedługim czasie przyniósł napitek i coś do zjedzenia. Usiedli przy stoliku i zaczęli gawędzić.

– Co sprowadza cię w te strony? – zagaił Bill.

– Mój szef zlecił mi pewną misję. Szuka potomków chińskich konkwistadorów. Wedle niejasnych informacji mogą oni znajdować się wśród Indian. Słyszałeś o jakimś żółtoskórym plemieniu?

– Nie pomogę ci , w swoim życiu spotkałem jedynie czerwonoskórych. Za to jutro zaraz z rana jadę w interesach do sąsiedniego miasteczka Vera Ivanta. Mogę cię podrzucić. Niedaleko stamtąd chyba mieszkają jacyś Indianie, są nawet przyjaźnie nastawieni do obcych, ale radzę nie wyciągać przy nich broni. To zachęta do walki. A tak to nie powinni próbować was upiec na rożnie i zjeść. Bo nie mają rożna. Che, che. Spokojnie, to tylko taki żart.

– Z każdym dniem wydaje mi się, że mam coraz mniejsze szanse na odszukanie tych żółtków.

– Czemu twojemu szefowi tak na tym zależy?
Quedy wyciągnął z torby starą księgę i położył ją na stole. Otworzył na stronie, gdzie znajdowała się mapa jakiejś krainy i kilka dziwnych rysunków.
– No cóż… – zaczął. – Istnieją legendy, wedle których gdzieś w Nowym Świecie ukryto wielkie skarby.. Ta mapa jest jednak niezrozumiała bez klucza. Całą nadzieję pokładam w tekście obok. Jest on zapisany w obcym języku, prawdopodobnie Indian z Ameryki Północnej. Kiedy znajdziemy żółte plemię, poznamy odpowiedzi. Przynajmniej tak twierdzi  zleceniodawca.
– Trochę to zagmatwane. Skąd wiesz, że ktoś już nie znalazł tych skarbów?
– A jak myślisz, ilu poszukiwaczy miało tę mapę? Mój szef jest pierwszym właścicielem, oczywiście po Chińczykach.
– Musi ci bardzo ufać, skoro powierzył takie zadanie.

– No pewnie. Wie, że go nie okradnę. Ma duże wpływy, nie chcę robić sobie wrogów.

– Tak się składa, że zarządzam też hotelem. Dam wam pokoje na noc. Kiedyś, mam nadzieję, mi się odpłacisz.

Myślę, że nie.

– Oczywiście. Jestem twoim dłużnikiem. A więc jutro z rana wyruszamy.

– Tak, Dziki Zachód czeka.

 

Dodał(a) fanthomas212
Dnia wtorek, 31 Styczeń 2017
Kategoria Bez kategorii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Google/Bing/Yandex Translate