*Amanda i Tiara Arkadiusza* Rozdział 2

Rozdział 2. – „W internacie”.

Przebudziłam się, gdy byliśmy już pod domem. Wszyscy, prócz mnie, stali na dworze i opierali się o samochód, rozmawiając i od czasu – do czasu głośno się śmiejąc.

– Pewnie chcieli odpocząć po długiej drodze – mruknęłam sennym głosem.
Zaczęłam powoli otwierać drzwi, żeby kogoś nie walnąć i wysunęłam nogi na świeże powietrze. Od razu poczułam kłujące mnie zimno.
Wszyscy odwrócili głowy i spojrzeli się w moją stronę, a tata tylko się uśmiechnął i zażartował:
– I wstała nasza Śpiąca Królewna.
– Haha… Bardzo śmieszne – odburknęłam zaspana.
Bliźniaki wciąż rozmawiali, ale po chwili zaczęli się trząść z zimna i biały jak kreda Maks zwrócił się do ojca:
– Czemu nie wchodzimy?
Ja wstałam na proste nogi i od razu oparłam głowę na ramieniu Moniki, bo byłam jeszcze strasznie śpiąca.
– No, więc czemu? – spytałam niecierpliwie, chowając twarz w szarym sweterku mojej siostry.
Nienawidziłam, jak ktoś od razu nie odpowiadał na pytania, tylko owijał w bawełnę albo jak najdłużej zastanawiał się nad odpowiedzią.
– Mamo? – dodatkowo zniecierpliwił się Maks.
– Och… – westchnęła mama. – Chcieliśmy jeszcze chwilę odpocząć, no i poczekać, aż trochę przewietrzy się ten dom. Wiecie, ile już na parterze było kurzu?
– No – odpowiedział entuzjastycznie Piotrek. – A wiecie, że jest tam tyle pająków…
– …ile Monika nakłada no… tego czegoś na twarz – dokończył Maks.
– Makijażu – podpowiedziała ze śmiechem w głosie mama.
– No. Makijażu.
Wszyscy – pomijając rozzłoszczoną Monikę – zaczęli się głośno śmiać, a ojciec tylko poklepał ją po plecach, wciąż nie mogąc złapać tchu.
Maks i Piotrek, jako bliźniaki byli zupełnie tacy sami. Wiele razy zdania kończył jeden za drugiego. Myśleli tak samo i obydwoje mieli najgłupsze pomysły, na jakie tylko ich było stać. Mieli jasne włosy i zupełnie ciemnoniebieskie oczy, a uroku dodawała im niewielka ilość piegów.
– No dobra. Niedługo będzie ciemno, więc powinniśmy chyba coś zrobić – zaczął pocierać swoje ręce ojciec. – W sensie posprzątać dom i trochę rozpakować bambetle i może zjemy kolację, co? A i oczywiście jeszcze trzeba wybrać sobie pokoje, które i tak są już wybrane – zaśmiał się z własnego żartu.
Tata ruszył szybkim krokiem w stronę domu, a my poszliśmy w jego ślady.
Dom z zewnątrz został pomalowany na biało, a jego dach był koloru żywej czerni. Prowadziła do niego kamienna ścieżka, obok której posadzono małe drzewka iglaste. Dookoła budynku było bardzo dużo miejsca. Trawa, która wcale nie miała koloru zieleni musiała być ostatnio koszona z rok czy dwa lata temu. Jak tylko spojrzałam na większe drzewa, to pomyślałam – „Czyli matka nie będzie się tu nudzić”. Moja mama była wegetarianką i zawsze chciała mieć swój mały ogródek, w którym by sadziła różne warzywa. Nigdy w Gdańsku nie mogła znaleźć odpowiedniego miejsca, bo było wiele rzeczy chłopaków.
Na przeciwko wejścia do budynku stało kilka kamiennych schodków. Mieszkanie od środka wyglądało fatalnie. Wszystkie meble zostały przykryte przeźroczystą folią, na której leżał puszek z drobinek kurzu. W kątach były pajęczyny z kilkoma pajączkami, co wywołało, że obiad stanął mi w gardle.
– Ale wielka kuchnia. Chyba nie będę z niej wychodzić… – wykrzyknęła uradowana mama.
– Spokojnie. Jak nie będziesz z niej wychodzić, to przynajmniej zrób nam jakąś kolację, bo zdychamy tu z głodu – zażartował tata, przytulając ją do siebie.
Mama miała lekko urażoną minę, ale w kilka minut posprzątała wszystkie folie z kuchni, dodatkowo umyła blaty i zabrała się za robienie kolacji z produktów, które kupiliśmy jeszcze w Gdańsku.
Ojciec zaprowadził nas na górę, żeby pokazać nam pokoje, w których będziemy spać. Dostałam własny kącik, lecz i tak mało będę w nim urzędować, bo już jutro przeprowadzam się do nędznego internatu. A czemu nędznego? Bo miałam ochotę pochodzić do tutejszej szkoły i codziennie jeść kolację, robioną z ekologicznych warzyw.
Mój pokój był całkowicie pomarańczowy, a właśnie tego koloru nie znosiłam, więc od razu wiedziałam, że będzie potrzebny porządny remont. Chociaż w ciągu roku szkolnego prawie nie będę z tego pokoju korzystać, to przecież większość wakacyjnego czasu spędzę w tych czterech ścianach.
Przy ścianie stało kilka bardzo zakurzonych mebli – biurko, pojedyncze łóżko i niewielka komoda. Wszystkie sprzęty były całkiem ładne i gdyby je trochę wypucować nadałyby się do użytku dziennego. Lubię architekturę wnętrz, więc szybko wyciągnęłam kartkę i zaczęłam szkicować wizję mojego nowego pokoju. Oczywiście przed tym byłam zmuszona do szybkiego ogarnięcia łóżka, bo na podłodze jest trochę trudno posługiwać się ołówkiem i kartką.
Wyobraziłam sobie turkusowo-fioletowy pokój. Miałam mieć taki w Gdańsku dopóty, dopóki tata nie oznajmił, że przeprowadzamy się do stolicy. Meble, które aktualnie znajdowały się w tym pomieszczeniu szybko przerysowałam na papier. Wyobrażałam sobie, jak fajnie byłoby mieć pokój, w którym urzędowałabym w czasie świąt. Właśnie na takie okazje wracałabym do tego domu i spędzała czas na rozmyśleniu o wszystkim, co możliwe. Postanowiłam dać jeszcze dzisiaj te moje bazgroły tacie, poprosić go o taki „malutki remoncik”.
Zaczęłam rozmyślać nad tym, jak sobie poradzę w nowej szkole. Zawsze przeciętnie się uczyłam, a tam na pewno nie będzie mi łatwo. Przeczytałam na ich stronie internetowej, że organizują wiele zajęć dodatkowych, co mnie ucieszyło, bo zawsze byłam miłośniczką różnych fakultetów itp.
Z nudów podeszłam do okna, które było zamieszczone tuż za mną. Widok z niego był dość zwyczajny – cała ogromna Warszawa i wielki kawałek jeszcze niezagospodarowanego podwórka. Jak wrócę tu na święta, to pewnie bliźniaki z ojcem zdążą wybudować sobie jakiś mały domek, w którym będą spędzać większość wolnego czasu.
Rzuciłam się na łóżko i zamknęłam oczy. Mogłabym zasnąć, ale zaczęłam wyobrażać  sobie moją nową szkołę i codzienne lekcje, ale wyobraźnia nie chciała ustąpić miejsca temu obrazowi, pozostawiając ciągle widok starej budy i niedawno straconych przyja…
– Dzieciaki! – krzyknął tata z parteru. – Chodźcie już na kolację.
– O żeż… – mruknęłam do siebie.

Na dole było dużo mniej brudu, niż wcześniej i zauważyłam, że „ktosiu” nawet odkurzył podłogę. Dom wydawał się dużo bardziej przytulny i pełen energii. Wszyscy krzątali się przy stole, a mama powoli nakładała nam szybko zrobionej zapiekanki z makaronu.
– Całkiem spoko – powiedział kilka minut później Maks, po czym wziął makaron w rękę i dyskretnie rzucił w brata.
– Ej! – wykrzyknął, ubrudzony makaronem Piotrek, dodatkowo plamiąc się tym, co miał na widelcu.
Chłopaki powoli i ostrożnie zaczęli rzucać się makaronem, aż…:
– Dość! Chłopaki dość! – …obudził się ojciec. – Zachowujecie się, jak przedszkolaki.
– Przepraszamy – burknęli obydwoje i wzięli się za końcówkę zapiekanki.
Monika i ja dusiłyśmy w sobie śmiech, bo bliźniaki wyglądali, jak siedem nieszczęść.
– Jutro wyjeżdżasz do internatu, Dusiu – powiedziała mama, gdy skończyła już jeść. „Dusia” to było moje pieszczotliwe przezwisko, którego używało tylko kilka bliskich mi osób i którego wręcz nienawidziłam. – Autobus ma czekać na przystanku około 8:30, więc musisz nastawić sobie jakiś budzik czy coś.
– Nastawię – wymamrotałam z buzią pełną makaronu.
– Tato, a w naszym pokoju jest… – zaczął Maks.
– …łóżko piętrowe! – dokończył entuzjastycznie Piotrek.
– Fajnie – powiedział tata. – Czyli jesteście zadowoleni, co?
– No – odpowiedzieli chórem.
– I… i… i jest taki ogromny stół, gdzie fajnie się majsterkuje.
– Masz na myśli psucie jakiś sprzętów? – spytała ze śmiechem w głosie Monika.
– Nie – odburknął zezłoszczony Maks.
– Wy tylko majsterkujecie. Może przeczytacie jakąś książkę? W moich czasach… – zaczął tata, promiennie się uśmiechając.
– Wiemy, wiemy – odpowiedzieli znudzonym głosem.
– Ej, nie przerywajcie ojcu, jak coś mówi – skarciła bliźniaków mama.
Byłam tak bardzo zmęczona, że od razu po posiłku postanowiłam doprowadzić się do ładu i wejść w stan hibernacji.

***

– Wszystko wzięłaś?
– Tak.
– Na pewno?
– Tak!
Taka rozmowa odbywała się dzisiaj rano, gdy mama odprowadzała mnie na przystanek. Nie chciało jej się czekać ze mną, więc ucałowała mnie, uściskała i ruszyła w stronę naszego nowego domu.

***

Droga była bardzo długa albo to, dlatego że nie miałam, co robić. I don’t know… Mijaliśmy wiele miast, domów i przeróżnych budynków. Nie miałam, co myśleć, co porobić. Niby wzięłam ze sobą książkę, ale nie ciągnęło mnie do niej. Raczej czytanie w ciągu podróży nie pociąga żadnej osoby z chorobą lokomocyjną.
Dojechaliśmy na miejsce dużo później, niż sobie to wyobrażałam. Widziałam już tą szkołę wcześniej, ale dokładniej nie zdążyłam się jej przyjrzeć.
Została zrobiona z czerwonej cegły, a obok szkoły stał wielki budynek, coś jakby dom. On również był cały szkarłatny, ale miał ogromną ilość okien. Wyglądał trochę na drugą część całego gimnazjum. Sądziłam, że w głównym budynku będą lekcje, a w tym drugim „czymś” znajdują się pokoje uczniów szkoły. Miałam też nadzieję, że trafią mi się fajne przyjaciółki, bo naprawdę trudno jest w nowej szkole sobie poradzić bez znajomych.
Autobus zatrzymał się tuż przed wejściem, więc wszyscy zebrali swoje manatki i wyszli do czekającej na uczniów nauczycielki. Wysoka blondynka od razu zaczęła tłumaczyć nam kilka najważniejszych rzeczy, spoglądając na każdego z osobna swoimi niewielkimi oczami. Wytłumaczyła, gdzie będziemy mieszkać i przedstawiła ogólny regulamin. Nie mogłam się doczekać, aż wreszcie pójdę do tego pokoju i skończy się ten najnudniejszy wykład świata.
Po tym wszystkim nauczycielka zabrała nas do głównego budynku szkoły i zaczęła mówić tym samym nudzącym głosem:
– Na parterze znajduje się sala gimnastyczna, sekretariat, gabinet dyrekcji, biblioteka, gabinet pielęgniarki oraz jadalnia. Wszystkie sale lekcyjne są umieszczone na pierwszym i drugim piętrze. Na terenie szkoły jest niewielki lasek, gdzie zazwyczaj odbywają się zajęcia z części przyrodniczej. Oferujemy szeroką gamę kół zainteresowań, między innymi: koło matematyczne, koło polonistyczne, koło lekkoatletyczne i wiele innych. Pełna lista jest dostępna w sekretariacie.
Jeśli byłaby taka możliwość, to pewnie zapisałabym się tylko na koło artystyczne, bo chciałabym wolny czas poświęcić dla rysowania. Pamiętam, że w Gdańsku nie miałam czasu na szkicowanie, bo byłam zawalona szkołą i zajęciami dodatkowymi.
– A teraz przejdźmy do drugiego budynku, w którym znajdują się wasze pokoje – oznajmiła, po czym przepchnęła się przez tłum nowych uczniów i poszła w stronę „mojego nowego domu”.
– Uff… – westchnęłam cicho i poszłam za pędzącą na przód nauczycielką.

Dodał(a) Maja B
Dnia czwartek, 01 Sierpień 2013
Kategoria Poezja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.