*Amanda i Tiara Arkadiusza* rozdzial 1

Rozdział 1. – ” Las, a w nim rudy lis”.

Pewnego pochmurnego dnia jedliśmy rodzinny obiad w zupełnej ciszy. Można było policzyć oddech wszystkich osób w jadalni i dokładnie wytyczyć różnicę każdego z nich.  Po chwili krępującą ciszę przerwał ojciec, wycierając usta serwetką, którą wcześniej przyszykowała mama.

– Gotowi? Spakowane wszystko? Ubrania, jakieś tam bzdety… – Zaczął wyliczać na palcach.
Kipiała z niego taka radość, że nikt nawet nie pomyślał o tym, żeby to zepsuć. Cała rodzina – łącznie ze mną – wiedziała, że tata tylko w bardzo wyjątkowych chwilach z czegoś się cieszy, a zarazem układa w myślach cały plan naszego nowego życia.
– Taa – burknęła obojętnie Monika, biorąc do buzi następną łyżkę pomidorówki.
– Ja tam muszę jeszcze spakować kilka dla mnie ważnych rzeczy i oczywiście moje rysunki, które pewnie gdzieś tam są upchnięte w innych torbach – powiedziałam z największym uśmiechem, na który było mnie teraz stać i ponownie zabrałam się za jedzenie, już trochę chłodnej, zupy.
Po tych słowach znowu nastała krępująca cisza. Chciałam ją przerwać, ale bałam się palnąć coś głupiego. Moje myśli kręciły się wokół życia, które musiałam porzucić i życia, które niedługo miało się rozpocząć, dając mi masę nowych trudności.
– Kochanie – zaczęła przymilnie mama. – Czemu tak nagle zachciało Ci się wyjechać do Warszawy?
Wszystkie dotychczasowe odgłosy obijanych sztućców ucichły i cztery pary oczu zwróciło się ku naszym rodzicom. Ojciec odrzucił głowę do tyłu i ze smutną miną rzekł:
– Chciałbym coś poznać. Zwiedzić stolicę, przecież byliśmy tam tylko jeden raz w życiu. Teraz jest tam nawet fajnie. Możemy pójść na Stadion Narodowy albo do Łazienek, co wy na to? No może jeszcze do wyboru jest Pałac Kultury, ale to już nie wiem.
– Tak, racja, racja. Mam nadzieję, że to dobrze przemyślałeś. – W głosie mamy słychać było smutek, ale też odrobinę zadowolenia, a każdy wiedział, że największym marzeniem matki jest wybrać się w podróż dookoła świata.
– Dokładniej się już nie dało. To będzie ogromna przygoda – prawie wykrzyknął. – Wszystko będzie dobrze! – dodał widząc nasze ponure miny.
– Na pewno – mruknęła niezbyt zadowolona z tego wszystkiego Monika.
– Oj, nie bądź taka oschła, Monia – zaczęłam się z niej śmiać.
Po tych słowach wszyscy zaczęli rozmyślać o przeróżnych rzeczach. Cała rodzina miała smętne miny, wciąż goniąc oczami po ścianach albo suficie. Tylko tata posiadał na twarzy szeroki uśmiech i był bardzo zadowolony – najwyraźniej już nie mógł się doczekać wyjazdu, który miał odbyć się niedługo. Monika była taka zgorzkniała, bo została zmuszona do porzucenia tego popapranego życia, ale przecież każdy z nas zostawił w Gdańsku swoich znajomych, problemy, przyjaźnie… Maks i Piotrek byli zwyczajnie źli na ojca. Kilka miesięcy temu zbudowali sobie „jaskinię”, gdzie spędzali większość swojego czasu, majsterkując przy domowych sprzętach. A mama uwielbiała podróżować, zwiedzać ciekawe miejsca, ale stolica nie była dla niej wymarzonym miejscem do życia. Mnie przytłaczał brak szumu morza, piaszczystej plaży, którą tak bardzo polubiłam.

***
Droga, jakby trwała godzinami, a nawet dniami, które ciągną się w nieskończoność. Bolał mnie brzuch, czułam, jak obiad podchodzi mi do gardła. Monika pochrapywała na pobliskim siedzeniu, trzymając w ręku komórkę, która błyskała czerwonym światłem, oznajmiając, że przyszedł esemes. Rodzice rozmawiali trochę nerwowo ściszonym głosem, a ja potrafiłam wychwycić tylko urywki ich rozmowy.

– …nadzieję, że będzie jej…
– Nadzieja umiera ost… – Powiedziała mama, po czym zabrała się do bazgrolenia na kartkach, które wzięła na czas podróży.
Moja mama, Ania, była szatynką o niezwykle jasnych oczach, w których można w każdej chwili poszukać prawdy lub „niewinnego” kłamstewka. Zazwyczaj była optymistką, ale zdarzały się i takie chwile, gdy bardziej okazywała duszę pesymistki. Jej pasją (zupełnie, jak moją) było rysowanie, a raczej mazanie kartek. Moja mama nigdy nie myślała o karierze zawodowej, jako malarka albo ilustratorka książek i wciąż nam powtarzała – „Nie potrzebuję być artystką, żeby spełniać swoje marzenia”, ale każdy dobrze wiedział, że zwyczajnie kłamie.
Najładniejsze obrazy jej autorstwa wisiały w sypialni rodziców w starym domu, ale mama je tak bardzo kochała, że na pewno teraz są w samochodzie z innymi meblami.
Któregoś dnia, jeszcze w Gdańsku, wróciłam do domu po szkole (oczywiście) zła na siebie za wyniki fatalnej kartkówki z chemii. Mama siedziała w kuchni i malowała coś na swojej sztaludze, którą niegdyś otrzymała od mojego dziadka. Gdy tylko zobaczyłam ukończony obraz, to on napełnił mnie taką wiarą, optymizmem i natchnieniem, a uwierzcie, że naprawdę to było niesamowite. Moja mama ma talent, którego zwyczajnie nie wykorzystuje!
Za oknem szalała burza, a słońce najprawdopodobniej zostało w Gdańsku, gdzie mieliśmy wrócić dopiero na lato, żeby wykąpać się w morzu i poleniuchować na plaży. Zostawiliśmy tam też moich dziadków, których będzie mi bardzo brakowało, a szczególnie babci, z którą byłam bardzo związana.
Miałam nadzieję, że w nowym domu będę posiadała własny pokój. Dawno temu przez dwa miesiące musiałam dzielić pokój z Moniką, co było prawdziwą męką. Moja „kochana siostrzyczka” zamarzyła sobie remont. Przez całą noc gadała przez telefon z Patrykiem i innymi znajomymi, a więc miałam… A właśnie – nie miałam snu!
Po kilku minutach tata zarządził krótką przerwę, żeby pójść do toalety, rozprostować nogi lub coś zjeść.
Zatrzymaliśmy się na pobliskiej stacji benzynowej. Stało już na niej kilka ciężarówek i jeszcze więcej samochodów osobowych. Kręcili się przy nich różni ludzie – jedni jedli, drudzy zawzięcie rozmawiali, a jeszcze inni po prostu przechadzali się po najbliższym terenie. Niektórzy wychodzili z czerwonego sklepu, trzymając w rękach białe siatki przepełnione piciem, słodyczami i innymi produktami spożywczymi.
Cała rodzina rozeszła się w różne strony. Rodzice z bliźniakami poszli w stronę sklepu (zapewne, żeby skorzystać z toalety), Monika spała, a ja oparłam się o blachę samochodu. Zaczerpnęłam świeżego powietrza i od razu poczułam zimno w płucach i żołądku. Pogoda była brzydka, ale na szczęście przestało już padać.
Przede mną przewijało się wiele ludzi, którzy po cichu rozmawiali i śmiali się, a ja z nudów starałam się usłyszeć, o czym gadają. W pewnej chwili, gdy już zdążyłam wypić połowę mojej wody mineralnej, pojawił się przede mną zakłopotany mężczyzna z papugą na prawym ramieniu. Zwyczajnie z nią rozmawiał, a wierzcie mi, że wyglądało to bardzo dziwnie. Nawet dziwniej, niż sobie to potraficie wyobrazić! Ale jeszcze dziwaczniej był ubrany. Miał na sobie hinduskie dhoti, które unosiło się na wietrze i odkrywało morskiego koloru spodnie. Wyglądał jak żelazny hindus – ciemna cera i prawie czarne oczy oraz tajemniczy wyraz (zresztą bardzo kościstej) twarzy. Ciemne włosy opadały mu na oczy i nos. Szedł w stronę srebrnej furtki, za którą widać było gęsty las, a szczególnie bardzo wysokie sosny i świerki. Zaciekawiło mnie jego zachowanie, więc od razu, jak zniknął w cieniu drzew i krzewów, podreptałam za nim. Może było to niebezpieczne i bardzo głupie, ale coś kazało mi to zrobić.
Mój czarny szal, który ówcześnie sobie założyłam, właśnie powiewał na wietrze, starając się mnie dogonić. Poszłam w głąb lasu, mijając przeróżne drzewa. Gałęzie niektórych z nich bardzo mocno uderzały mnie w twarz i brzuch, ale się nie poddałam i szłam dalej. Nie miałam na sobie kurtki, więc w mgnieniu oka owinęłam chustę wokół mojej talii i schowałam w niej ręce. Poczułam nagły przypływ niezwykłej energii i ciepła.
Po chwili marszu stawało się coraz zimniej i ciemniej, co mnie bardzo przeraziło. Już miałam się wycofać i zwyczajnie uciec, ale nie mogłam. Moje nogi nie chciały się mnie słuchać i szły coraz głębiej i głębiej…
Korony drzew powiewały razem z wiatrem. Las stawał się bardzo gęsty i czułam na sobie mokre gałęzie roślin. Na kilka sekund przystanęłam, żeby rozejrzeć się dookoła. Słyszałam tylko szum drzew oraz warkot samochodu. Zaraz! Warkot samochodu?! Bardzo mnie to zdziwiło, aż sama nie mogłam uwierzyć, że w jednym dniu spotkały mnie takie dziwne sytuacje. Naokoło widziałam tylko drzewa, krzewy i przeróżne rośliny, których nazw sama nie znałam i zdecydowanie widziałam je pierwszy raz w życiu. Usłyszałam zgrzyt kluczy, a następnie trzask zamykanych drzwi. Zrozumiałam, że w tym lesie musi znajdować się jakiś dom, w którym mieszkają ludzie albo jakieś porzucone duszyczki.
„Nie myśl o żadnych porzuconych duszyczkach” – odezwał się głos w mojej głowie.
– Yhh… – mamrotałam do siebie. – Głupia jestem, zwyczajnie jestem głupia. Po co tu wlazłam?
Wówczas ujrzałam przed sobą rudego lisa z podkulonym ogonem. Wpatrywał się we mnie swoimi czarnymi oczyskami, które mnie zwyczajnie wmurowały w ziemię. Całe moje ciało krzyczało – „Uciekaj, uciekaj, uciekaj! Amanda, na co czekasz?!”. Nie był to zwykły lis, ale taki o nienaturalnych rozmiarach – zupełnie jak koń. Po chwili udało mi się otrząsnąć i jak najszybciej pognałam w stronę srebrnej furtki. Nie patrzyłam już za siebie tylko biegłam, biegłam i biegłam… Nie słyszałam za sobą tupotu ogromnych łap, ale wciąż się bałam, że w pewnej chwili mnie dopadnie.
Przy naszym samochodzie stali rodzice z zaniepokojonymi minami. Musiałam wymyślić coś na poczekaniu, bo prawdy nie mogłam im powiedzieć. Uznaliby mnie za wariatkę i wysłaliby nie do internatu, ale do psychiatryka!
Cała zdyszana i zapewne czerwona na twarzy, podbiegłam do samochodu i wtuliłam się w mamę. Ona na początku nie wiedziała, o co mi chodzi, ale po chwili odwzajemniła uścisk. Poczułam buchające od niej ciepło. Po chwili odsunęłam się od mamy, a ona spojrzała na mnie z miłością w swoich wielkich oczach. Kochała mnie i to bardzo mocno…
– No dobra. Tyle miłości wystarczy na jakiś czas. A teraz gadaj, gdzie byłaś? Gdzie byłaś przez te trzydzieści minut.
– Ale… – zaczęłam.
– Tak się martwiliśmy!
– …nie było mnie przez góra… pięć minut?
– O, nie, nie, nie, moja droga! Nie było Cię przez jakieś pół godziny. My tu z ojcem się zamartwiamy, a ty nie wiem, gdzie się podziewasz. Na początku myśleliśmy, że postanowiłaś pójść sobie na stację benzynową, ale Ciebie tam nie znaleźliśmy. Potem pomyśleliśmy, że gdzieś na chwilę poszłaś i zaraz wrócisz, a więc czekaliśmy. Już ojciec miał dzwonić na policję, gdy wyszłaś z tej dziwacznej furtki.
Nie lubiłam, gdy moja mama odstawiała scenkę „Surowej Mamusi z Wyrafinowaną Mową”.
– Niech Ci będzie – mruknęłam.
– Jedziemy! – krzyknął tata, wchodząc już do samochodu.
Po kilku sekundach wszyscy znaleźliśmy się w aucie. Monika już nie spała, ale głęboko wpatrywała się w okno samochodu. Bardzo przeraziła mnie ta sytuacja, ale naprawdę nie było mnie góra kilka minut. Czyli następna dziwna rzecz, która wydarzyła się tego jednego dnia! Tego najdurniejszego dnia w moim życiu…
Przejeżdżaliśmy obok dużego budynku z czerwonej cegły. Na tablicy informacyjnej widniał ogromny napis – „Gimnazjum z internatem im. Patroklesa i Arkadiusza”. Kojarzyłam już skądś tę nazwę, ale nie mogłam sobie tego przypomnieć… Miałam ją na końcu języka.
– Ej, mamo. Czy to nie jest ta buda, do której mam chodzić? – spytałam.
– Tak po pierwsze nie mów „buda”, ale szko…
– Ehe – przerwałam jej.
Rodzice dopiero teraz spojrzeli ukradkiem oka za okno samochodu, a ciekawskie oczy bliźniaków i Moniki również powędrowały w tą stronę. Po chwili mama się uśmiechnęła i powiedziała półgłosem:
– Tak. To jest ta szkoła.
Przeszedł mnie zimny dreszcz. Internat mieści się niedaleko tego lasu, więc te wspomnienia będą mnie dręczyć, będą mnie prześladować… Ale ja sama też nie zamierzam odpuścić. Wiem, że tutaj dzieje się coś dziwnego, a ja chcę się dowiedzieć, co to takiego! Nie odpuszczę. Nigdy.

Dodał(a) Maja B
Dnia czwartek, 01 Sierpień 2013
Kategoria Poezja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.