Dziś będzie ten dzień

Wstaję rano z niezwykłym uczuciem,

Prawą nogą, radosnym przeczuciem,

Że dziś będzie ten dzień, które życie moje zmieni,

Marzenie w realną rzeczywistość przemieni.

 

Zarysy stają się wyraźne, mocne, kontrastowe,

Gdzie tylko obrócę dziś wyspaną głowę.

Jedzenie rozpływa się w ustach, uniform znakomicie leży,

To będzie mój dzień, to mi się należy.

 

Wychodzę z domu do pracy, świeci słońce,

Przychodzę przed czasem.

Wchodzi też on.

 

Znów jest coś nie tak, coś źle się zdarzyło,

Winna jestem ja, ktoś musi być, bardzo mi przykro.

Krzykiem przerywa co rusz moją pracę,

Nie wiem co mam robić, koncentrację tracę.

Nie mogę milczeć, nie mogę też mówić.

Trzęsą mi się ręce, chcę w coś uderzyć.

 

Wyszedł,

Chwila wytchnienia,

Ale zaraz wróci,

Znów ktoś o oczywiste rzeczy będzie się kłócił.

 

Osiemnasta, wychodzę, od razu do ukochanych dzwonię,

Uspokajam się gdy słyszę współczucie w ich tonie.

Rozłączam się, oddycham, myślę o zmianie,

Lecz wiem, że po nocy strach przed nowym zmieni moje zdanie.

 

Kładę się i myślę co jutro pójdzie nie tak,

Rozpamiętuje wszystkie chwile, gdy staram się,

Zawsze i tak czegoś jest brak.

Zasypiam.

 

Wstaję rano z niezwykłym uczuciem,

Prawą nogą, radosnym przeczuciem,

Że dziś będzie ten dzień, które życie moje zmieni,

Marzenie w realną rzeczywistość przemieni.

Młodzież – wiersz

Jeszcze tak niedawno dziećmi byli
I na placu zabaw się bawili.
Pomagali bezinteresownie,
Uśmiechnięci w zdrowiu i chorobie.

Rodzice – największymi wzorami,
Brat z siostrą najgorszymi wrogami.
Bardzo ufnie na innych patrzyli
I w szkole tak pilnie się uczyli.

Teraz mówią „jesteśmy dorośli”
Myślą, że świat podbić są gotowi.
Mimo, iż jeszcze niepełnoletni,
Oni już wróżą sobie kariery.

Są tacy pewni siebie, uparci
Patrzą tylko na siebie – tracąc braci.
Wielkie przyjaźnie się rozpadają,
Młodzi się bawią, życie poznają.

Zapominają, iż obiecali,
Że w ogień jeden za drugim będą skakali.
Dość mają narzekań ojca, matki
Chcą jak najszybciej pakować manatki.

Wyruszyć i poznać nieznany świat.
Lecz czy nawet on jest tego wart?
Tylu kłótni i łez twojej matki?
Wróć kiedyś do tych czasów sielanki.

I zastanów się, jak myśli dziecko.
Z jaką radością patrzy wokoło?
Bo to tajemnica jak przeżyć świat prawidłowo.

____________________________
Wiersz pisałam w wieku 14 lat. Miał być 10-zgłoskowiec ale nie wyszło ;). Proszę o ocenę

Wampirze szczęki

Wampirzy lord przechadzał się po swoich komnatach, gdy nagle tuż obok zmaterializował się jego przydupas, Marley. Był to średni stażem wampir o mocno wyłupiastych oczach. Przestraszył nawet swojego szefa.
– Nie pojawiaj się tak nagle w mojej komnacie. To stresujące. Jeszcze dostanę zawału.
– Przecież już nie żyjesz, mój panie.
– Tak? To skąd historia o osinowym kołku i przebijaniu serc?
– Gdybyś żył, to dawno wyssałbyś swoją krew i umarł.
– Już ci mówiłem, że zawsze mam rację.
– Tak, szefie.
– Zrobiłeś, o co cię prosiłem? Znalazłeś informacje, jak przestać być wampirem?
– Przeczytałem wiele ksiąg. Wszędzie piszą o tym, że najlepszy sposób to ucięcie głowy albo przebicie osikowym kołkiem.
– A coś mniej drastycznego? Takie sposoby to zapewni mi pierwszy lepszy łowca.
Marley tylko pokręcił głową. Lord przewrócił oczami i uderzył pięścią w biurko. Jego podwładni się nie spisywali.
– Za co ja ci płacę? Chyba sam prędzej znajdę rozwiązanie.
– Nie, nie, szefie. Poprawię się.
– Mam dziwne wrażenie, że wcale nie chcesz przestać być wampirem. Spodobało ci się wysysanie krwi z bydła? Bądź choć trochę człowiekiem.
– Przecież już nim nie jestem od przeszło czterdziestu lat.
– Staraj się. Czy to, że nie żyjesz usprawiedliwia twoje zachowanie? Spójrz na mnie. Nadal jestem bardziej ludzki niż ty.
– Gdyby tak nie te ostre kły, spiczaste uszy, pomarszczona twarz trupa i czerwone oczy, nie byłoby różnicy.
– Wracaj do roboty albo nie dostaniesz swojej działki krwi! – ryknął Lord. Marley zniknął w obłoku syczącej pary. Zamiast niego pojawił się nietoperz i szybko uleciał przez okno w ciemność nocy.
Lord usiadł w wyściełanym fotelu przy starym dębowym biurku. Ozdobione ornamentami nadawało komnacie odpowiedniego klimatu. Ściany pomieszczenia pokrywały czerwono-czarne arrasy, a na podłodze leżał gruby dywan. W ciemnym rogu stała zaś jakaś postać. Lord wzdrygnął się. Pierwszy raz widział ducha.
– Kim jesteś? – zapytał upiora. – Odejdź stąd. To mój gabinet.
– Co? – zdziwił się tamten. – Jestem niewidzialny. Nie możesz mnie zobaczyć.
– Najwyraźniej jest odwrotnie. Nie gadałbym z powietrzem.
Postać zbliżyła się. Była jak na ducha przystało przezroczysta, ale emanowała też dziwnym bladym światłem.
– Mów mi Phantomass. Już dawno zapomniałem swojego prawdziwego imienia.
– Pierwszy raz cię tu spotykam.
– Błąkam się po tym zamku od stu lat, ale nikt wcześniej mnie nie widział. Pewnie jestem tu już tak długo, że robię się coraz bardziej materialny. Przynajmniej będę miał z kim pogadać.
– Zapomnij. Nurtuje mnie jedna kwestia. Skoro jesteś tak wiekowy jak ja, może wiesz, jak przestać być wampirem?
– Niektórzy mówią, że wystarczy wyjść w dzień na zewnątrz, a słońce spali cię na popiół.
– Nie o to mi chodzi. Pragnę znów poczuć się człowiekiem.
– To chyba niewykonalne. Jesteś trupem, zaraz rozpadniesz się ze starości. Przydałby ci się Eliksir Młodości.
– Wyglądam tak, bo zacząłem głodówkę. Wszyscy mi mówią, że jestem stary. Denerwuje mnie to. Wynocha stąd.
– Niech ci będzie, ale później wrócę zagrać z tobą w karty.
Duch zniknął, wlatując w sufit. Lord zaczął się zastanawiać nad pewną kwestią. Wyciągnął z jednej z szuflad w biurku wielgachną księgę. Prowadził bardzo rozległą kronikę zgonów w okolicy. Każdy musi mieć przecież jakieś hobby. Zaczął przeglądać ją strona po stronie. Gdy dotarł do końca, stwierdził, że nikt nie umarł w murach tego zamku od czasu jego własnej śmierci w gabinecie, w którym właśnie przebywał.
Phantomass najprawdopodobniej jest moim duchem, pomyślał Lord. To było bardzo niepokojące. Teoretycznie obaj nie żyją, a jednak dopiero co gadali ze sobą, będąc kiedyś jedną osobą.
Duch został uwięziony i nie odejdzie do Krainy Wiecznych Łowów, dopóki Lord nie przestanie istnieć.
Znalazł Marleya w zamkowej kuchni. Zajadał gofry, ale gdy zobaczył swojego pana udawał, że przegląda jakąś książkę.
– Powiedz mi jedną rzecz… – zaczął Lord.
– Nic jeszcze nie znalazłem, ale cały czas szukam.
– Trzymasz książkę do góry nogami, ale nie o to mi chodziło. Czy widziałeś kiedyś ducha?
Marley prawie zadławił się gofrem.
– Nie bardzo rozumiem. Ten zamek jest nawiedzony? Biała Dama czy coś?
– To nie duch kobiety, tylko jakiegoś hazardzisty.
– Szkoda. Dawno nie rozmawiałem z żadną dziewczyną. Zazwyczaj śpią, gdy je odwiedzam.
– Mówiłeś, że napastujesz tylko bydło starego farmera Jordana.
– Przeważnie. A tak w ogóle to duchy nie istnieją. Może to przywidzenia ze starości.
– Och, zamilcz! Gdzie reszta?
Miał na myśli Lloyda i Danversa, dwóch braci, których kiedyś uratował przed śmiercią. Co prawda zamienił ich przy tym w wampiry, dlatego nigdy nie byli mu za to wdzięczni.
– Łapią szczury w piwnicy. Zeżarły nam połowę zapasów.
– Pieprzone gryzonie. Już późno, idź spać.
– Dopiero szósta nad ranem. Jeszcze dużo czasu.
– Za chwilę wzejdzie słońce i cię spopieli.
– Już się zmywam.
Marley wyszedł, a Lord zbliżył się do gofrów. Nim jednak zanurzył w nich swoje kły, zjawił się Phantomass.
– O rety! – wrzasnął Lord. Duch wynurzył się tym razem z podłogi.
– Faktycznie tych dwóch gości łapie szczury w piwnicy – powiedział. – Zajrzałem tam tylko na chwilkę.
– Nie pojawiaj się tak często. Czuję się rozczłonkowany. Dziwnie jest gadać z samym sobą.
– Nie rozumiem.
– Nic, taki żart. Inni cię nie widzą?
– Tak przypuszczam. Przypomniałem sobie coś. W wiosce Duże Imałe żyje ktoś, kto może ci pomóc. Sam ma podobny problem, a udaje mu się zachowywać ludzką postać. Posiada lekarstwo stworzone przez samego doktora Frankensteina, ekscentryka i geniusza w jednym. Problem w tym, że pilnuje go wilkołak.
– Aaargh. Wypluj to słowo.
– Nie mam śliny. Jestem duchem.
– Nie ma szans. Te sierściuchy są naszymi odwiecznymi wrogami. Nie zbliżę się tam, mam alergię.
– To twoja jedyna okazja na powrót do normalności. Zastanów się.
Nim Lord zdążył zapytać ducha, skąd to wszystko wie, tamten już zniknął.
***
Franklin był nocnym markiem, dlatego wszyscy uważali go za wampira. Ubierał się w zwykłe wiejskie ciuchy, kubrak, potargane spodnie, kraciastą koszulę i gumowce. Te ostatnie ściągał tylko kładąc się do łóżka. Właśnie spożywał kolację, gdy w jego domu pojawił się Lord. Nachylił się nad stołem i złapał wieśniaka za szyję swoimi długimi palcami zakończonymi ostrymi szponami.
– Witaj, przyjacielu. Mam pytanie i liczę, że mi pomożesz.
– Ja… Oczywiście. Czego sobie życzysz? – zapytał Franklin, ciężko przełykając ślinę.
– Szukam wilkołaka. Podobno ukrywa się w tej okolicy.
– O, to dobrze trafiłeś. W północnej części odbywa się sąd nad odmieńcami. Chcą stracić kilku wariatów. Pewnie ten twój też tam będzie.
– Muszę się więc pospieszyć.
Lord puścił faceta i podszedł do szafki, w której Franklin chował alkohol. Zajrzał do środka, było tam tylko kilka pustych butelek.
– Gdzie twoja śliwowica? – zapytał z gniewem w głosie.
– Skończyła się. Już dawno nie produkuję.
– W takim razie cię zjem.
Wieśniak zaczął piszczeć i jęczeć. Wampir postanowił na razie zostawić go w spokoju. Zniknął w obłoku dymu i pojawił się nieco dalej, na skraju wioski, gdzie zebrało się mnóstwo ludzi. W szeregu stało kilkunastu biedaków, a przed nimi dumnie kroczył żołnierz, wyglądający na ważną osobistość. Zatrzymał się przed facetem z wystającymi z uszu kłakami i zrośniętymi brwiami.
– Ten mi wygląda całkiem normalnie – powiedział do drugiego żołnierza.
– A tamta staruszka, którą przed chwilą skazał pan na ścięcie?
– To była czarownica. Od razu takie poznaję.
– Ale ona tylko uczyła matematyki.
– No właśnie. Jak tam sytuacja?
– Kolejka się robi. Na dzisiaj chyba wystarczy.
– Macie szczęście, ale jeśli choć słowo usłyszę, że dzieją się tu dziwne rzeczy albo ktoś zaginął, zaraz tu wrócę, a wtedy popamiętacie!
Ludzie odetchnęli z ulgą. Kudłaty facet już miał ochotę zwiać, ale wtedy Księżyc wystawił swoją bladą twarz zza chmur i niewielki promień padł na ciało mężczyzny. Przemiana była natychmiastowa i bardzo gwałtowna. Czaszka zaczęła mu się wydłużać, całe ciało pokryło się futrem, a pazury wystrzeliły z palców. Żołnierze zaraz to zauważyli.
– A temu co się dzieje? – zapytał jeden z nich. – Dostał zatwardzenia?
Lord poczuł, że sytuacja wymyka się spod kontroli. Wilkołak zawył. Złapał nadbiegających wojaków i pozbawił ich przytomności. Reszta szybko się wycofała.
– Jeszcze tu wrócimy – odgrażał się ich przywódca, ale uciekał jako pierwszy. Zwykli ludzie pochowali się w swoich domach. Na placu boju pozostał tylko wampir. Zamachał białym skrawkiem materiału.
– Tylko bez nerwów. Przyszedłem pogadać.
– Nie zbliżaj się – warknął wilkołak. Mówienie przychodziło mu z trudem. Rzucił się do ataku, wampir jednak zaraz uskoczył.
– Tak do niczego nie dojdziemy. Potrzebuję tylko twojego leku. Chociaż jak patrzę na ciebie, to chyba nie pomaga.
Wilkołak zawarczał groźnie. Lord szybko dodał:
– Dostanę go i więcej mnie nie zobaczysz.
Sierściuch odpuścił i zaczął odchodzić. Wampir udał się za nim w nadziei, że coś na tym zyska. Po kilku minutach dotarli do chatki na uboczu. Wydawało się, że poszło podejrzanie łatwo.
– Weź, co chcesz i spieprzaj – warknął facet, który już wrócił do normalności. Schronił się w cieniu domku przed światłem Księżyca.
Lord zajrzał do wnętrza. Wiedział, że wchodzi do jaskini lwa. Na szczęście było pusto, żadne inne wilkołaki nie czekały tam na niego. W ciemności dostrzegł szafkę z jakimiś butelkami. Wampirzy wzrok pomógł mu zlokalizować tę z napisem „LEKRASTWO”.
– Ta zielona flaszka z etykietką pomaga ci pozostać człowiekiem? Dlaczego teraz się przemieniłeś?
– Nie twój zasrany interes.
I jak się przyjaźnić z takimi gburami? Wszystko było zaskakująco proste. Wejść, zabrać i wrócić. To niepokoiło Lorda, jak i fakt, że wielkie lekarstwo może być tylko bublem. Wolał jednak jak najszybciej stamtąd zwiewać, zanim bestia na zewnątrz się rozmyśli. Zabrał eliksir i zmienił się w nietoperza. Zaraz jednak wrócił do pierwotnej postaci.
– Cholera, nie udźwignę tego. Będę musiał wracać na piechotę.
Udało mu się dotrzeć na zamek przed świtem. Wezwał swoich podwładnych i zasiadł w gabinecie razem z Lloydem i Danversem. Na biurku postawił butelkę, ale wcześniej oderwał etykietkę.
– Wiecie co to jest?
– Pewnie jakiś alkohol.
– Nie! To eliksir, który sprawi, że znów będziemy ludźmi.
– Mówiłem, że wóda.
– Cisza! To mały krok dla nas, ale duży skok dla wampirów.
Lord wyjął trzy puchary ze swojej szafki z ważnymi rzeczami i postawił obok butelki. Nalał sobie i braciom.
– No, pijcie, pijcie – zachęcił. – Czeka nas wielka chwila. Zaraz znów będziemy ludźmi.
– Dobrze, niech więc tak będzie – zgodzili się bracia.
Wypili do dna. Lord nadal czekał. Nic się nie działo, żadnej przemiany, wyglądali jak przedtem. Pokiwał głową i zamoczył usta w napoju. Zaraz tego pożałował. To coś śmierdziało czosnkiem. Wypluł wszystko, ale dalej czuł ten drażniący posmak. Spojrzał na Lloyda i Danversa i zobaczył jak eksplodują, zmieniając się w chmurę popiołu. Phantomass wyłonił się zza ściany i zaklął.
– Czemu jeszcze żyjesz?
– Myślisz, że jestem taki głupi? Byle gówno w butelce i dam się nabrać? Wystawiłem moich kompanów, ale miałem rację. Oszukałeś mnie! To nie było lekarstwo.
– Na pewno nie dla takich jak ty. Sądziłem, że twoje pragnienie skończenia z żywotem krwiopijcy wygra ze zdrowym rozsądkiem.
– Czemu chciałeś mojej śmierci?
– Słyszałem twoje myśli. Ty draniu. Dopóki żyjesz, nie odejdę. Muszę cię zabić i będę próbował, aż do… dopóki tego nie zrobię.
– Wyniosę się z zamku, a ty jesteś tutaj uwięziony. I co?
– Nie trzyma mnie zamek, tylko twoje ciało. Pójdę wszędzie tam, gdzie ty.
Duch zniknął, a zamiast niego pojawił się Marley.
– Przepraszam za spóźnienie. Coś mnie ominęło?
– Najwyraźniej. Musimy zebrać nową ekipę, bo stara się wykruszyła.

Samotność

Mija miesiąc za miesiącem,
Tydzień za tygodniem.
A ja wciąż jestem sama.
Co dzień rano patrzę w okno
I pytam się dlaczego?

Kszyk, czyli w oparach absurdu

Detektyw i komisarz przybyli na miejsce zbrodni. Pod drzewem znaleźli nieruchomo leżące ciało.

– Czy to…? – zaczął detektyw.

– Nie, to tylko śpiący funkcjonariusz. Zwłoki są nieco dalej.

Przeszli jeszcze kawałek, aż dotarli nad rzekę, gdzie często kąpali się nielegalni chińscy imigranci.

Tam znaleźli młodą kobietę w potarganym ubraniu, leżącą na ziemi. Detektyw przyjrzał się uważnie.

– Widzę ślad na palcu. Zapewne ktoś ściągnął jej pierścionek.

– Nie, nie. Jeden z moich funkcjonariuszy to zrobił. Wypadek przy pracy.

Nagle kobieta otworzyła oczy.

– Myślałem, że nie żyje – zdumiał się detektyw.

– Tak nam się zdawało. Może pamięta, kto jej to zrobił.

– Nic nie pamiętam – zaprzeczyła kobieta.

– Widocznie w wyniku uderzenia straciła pamięć. Dostała dużym i tępym narzędziem.

– Może to Rurk. Jest duży i tępy.

– W krzakach nieopodal znaleźliśmy młot. To bardziej prawdopodobne narzędzie zbrodni. Jest na nim dziesięć odcisków palców, dziewięć należy do moich funkcjonariuszy.

– A ten dziesiąty?

– Na razie nie wiadomo. Możliwe, że zostawił go zabójca.

– Przecież nikt nie zginął.

– Na razie nie, ale i tak wsadzimy go za zabójstwo. Masz chusteczkę?

– Tylko papier toaletowy, ale już się nim podtarłem.

– Nic nie szkodzi.

Detektyw podał komisarzowi kawałek zużytego papieru toaletowego, a tamten głośno, niczym stado przebiegających nienaoliwionych nosorożców, wytarł sobie w niego nos.

– Ma pan katar?

– Nie, ale ubrudziłem się, gdy jadłem loda.

– Ale teraz ma pan kupę na twarzy.

– Nic nie czuję. Chyba mam katar.

Podszedł do nich ubrany w granatowy wams skośnooki blondyn. Popatrzył dziwnie na komisarza.

– Przybyłem, by poinformować, że poszkodowanej wróciła częściowo pamięć. Można ją przesłuchać.

Funkcjonariusz odszedł, zostawiając za sobą mokre ślady, jakby dopiero kąpał się w rzece.

– Coś mi tu śmierdzi – stwierdził detektyw.

– Puściłem bąka.

– Nie, to coś innego. Coś jak wczorajszy budyń albo niedojedzona kanapka z dżemem.

– O nie, moja kanapka z dżemem. Wczoraj jej nie dojadłem.

– I co pan z nią zrobił?

– Zostawiłem w radiowozie. Pójdę po nią, a pan niech przesłucha tę kobietę. Tylko delikatnie.

– Jak zawsze.

Pewna kobieta dostała po głowie od nieznanego napastnika. Wpadła w oko detektywowi, ale ten był w pracy i musiał robić swoje. Poszedł ją więc przesłuchać, bo funkcjonariusze byli bardzo zajęci udawaniem, że są zajęci.

– Dzień dobry. Pamięta mnie pani?

– Nie bardzo.

– Parę minut temu stałem nad panią i pomogłem wstać.

– Dalej nie pamiętam.

– A przypomina pani sobie coś, co działo się przed atakiem?

– Jakim atakiem?

– Tym, w którym dostała pani w głowę.

– Nie pamiętam żadnego ataku. Ostatnie co sobie przypominam, to jak kąpałam się w rzece i usłyszałam

kogoś podchodzącego do mnie od tyłu. Miał skrzypiące buty i dyszał jak maratończyk onanista.

– A jakie majtki pani nosi?

– Czerwone stringi, ale ktoś mi je zabrał.

Obok przeszedł jeden z funkcjonariuszy. Z kieszeni wystawały mu czerwone stringi.

– Tak, zupełnie nie wiem, co się z nimi stało.

Detektyw przypomniał sobie swoją pierwszą randkę z ukochaną o imieniu Penelopa. Cały czas nawijał do niej o kursach walut. Następnego dnia jego luba opuściła kraj i więcej jej już nie widział.

Wrócił komisarz, zajadając kanapkę.

– I co, dowiedział się pan czegoś?

– Nasza ofiara mało pamięta. To był silny wstrząs.

– Chmmm… Czyli nieprędko dopadniemy zabójcę. Myślałem, że przynajmniej zrobiła mu zdjęcie albo on zgubił dowód osobisty. A tak to prawie nic nie mamy.

– Są jeszcze te odciski palców.

– Nie, to moje. Przez przypadek dotknąłem młota. Myślałem, że to grzebień. Zabójca musiał mieć rękawiczki, gdy zaatakował.

– Rzeczywiście, jest trochę zimno. A może napastnikiem był jeden z nas… to znaczy z naszych funkcjonariuszy. Tam było pełno ich odcisków.

– Tak, to równie prawdopodobne jak to, że Ranczerzy wygrają Puchar Świata.

– Ale ich drużyna rozpadła się dwadzieścia lat temu.

– No właśnie. Dzisiaj już nic więcej nie zrobimy. Zaraz, na czym pan stoi?

Detektyw przesunął się kawałek w bok. Na ziemi leżała para jedwabnych rękawiczek.

– Dowód rzeczowy! – wykrzyknął komisarz. – Zgniótł pan najważniejszy dzisiaj dowód rzeczowy.

– Nie, te rękawiczki są moje. Upuściłem je. Mówiłem, że dzisiaj zimno.

– Czemu więc ich pan nie nosi?

– Bo mi ciepło.

– Ale ma pan całkiem sine dłonie.

– Och, to. Ubrałem za ciasny podkoszulek.

– Skoro ich pan nie potrzebuje, chętnie je wezmę. Nie wiedziałem, co kupić żonie na urodziny.

– Nie sądziłem, że ma pan żonę.

– Bo nie mam, ale gdybym miał to dałbym jej te rękawiczki.

– W takim razie jednak zachowam moją własność.

Po chwili znów podszedł do nich skośnooki blondyn.

– Przepraszam. Mam coś do powiedzenia.

– Wynoś się! Kończymy na dzisiaj.

– Ale to bardzo ważne.

– W takim razie mów.

– Puściłem bąka, ahahaha…. Tak, teraz na poważnie. Znaleźliśmy zabójcę.

– I gdzie on jest?

– Został zabity przez nieznanego zabójcę.

– Kurczę, przez jedną milisekundę miałem nadzieję, że to już koniec sprawy. Skąd wiecie, że ten pierwszy zabójca to ten, który nikogo nie zabił?

– Znaleźliśmy przy nim pamiętnik, w którym przyznał się do wszystkich zarzucanych mu czynów z ostatnich czterdziestu lat. Opisał nawet naszą ofiarę. To jego ostatni wpis.

– Jakie majtki nosiła poszkodowana?

– Czerwone stringi.

– Faktycznie, to jego pamiętnik. Pokrywa się z zeznaniami świadka.

– Chodźmy zobaczyć tego zabitego zabójcę – zdecydował komisarz. – Żona musi poczekać.

Detektyw i komisarz dotarli na miejsce, gdzie wyłowiono z rzeki ciało niedoszłego zabójcy. Był ubrany w czarny golf, spodnie tego samego koloru, a na głowie miał kominiarkę.

– Poszedł popływać w ubraniu? Dziwne.

– Podejrzewam, że ktoś wrzucił go do rzeki.

– No tak. Ściągnijcie mu kominiarkę, chcę poznać twarz tego złoczyńcy.

Funkcjonariusze posłusznie wykonali zadanie. Detektyw i komisarz jednocześnie westchnęli.

– To Chińczyk – stwierdził detektyw.

– To mój brat – rzekł komisarz. – Eee… Czemu tak na mnie patrzycie? Moja matka poślubiła czarnoskórego Muzułmanina, dlatego ja jestem biały.

– Zawsze przypominał mi pan Indianina.

– Nieważne. Dlaczego mój brat zaatakował tę biedną kobietę?

– Z jego pamiętnika wynika, że był notorycznym dewiantem seksualnym – powiedział skośnooki blondyn.

– To niczego nie wyjaśnia. Skąd niby miał młot?

– Kupił w sklepie „Wszystko za darmochę”, w którym zresztą pracował. To też było w pamiętniku.

Detektyw zerknął przez ramię policjanta, który akurat zaprezentował znaleziony skoroszyt.

– Dziwne. Ostatni wpis jest wykonany innym długopisem, wyraźnie widać też zmieniony charakter pisma. Ktoś musiał to dodać później.

– Proszę nie komplikować – przerwał komisarz. – Jest tam coś o mnie?

– Tylko tyle: „Ten stary fiut wisi mi pieniądze”.

– To nieprawda! Oddałem mu je pięć lat temu. Co prawda nie było go wtedy w domu, więc zostawiłem sąsiadowi, ale myślałem, że przekazał.

– Widocznie tego nie zrobił.

– Mniejsza o to. Coś znaleźliście? Jakieś tropy?

– Tylko kilka odcisków kopyt saren i łap lisów.

– Rzeczywiście niewiele. To co, kończymy sprawę?

– Nic jeszcze nie zrobiliśmy.

– No tak, szukajcie więc dalej, a ja pójdę coś zjeść.

Komisarz udał się w kierunku pełnych kleszczy krzaków. Ukrył się za nimi, ale po chwili wybiegł z przestrachem. Za nim kroczył wysoki czarnoskóry policjant.

– Dlaczego obsikał mi pan spodnie? – rzucił z wyrzutem.

– Przepraszam, myślałem, że jest pan drzewem.

– Nie jestem.

– Następnym razem będę pamiętał. Co tam z naszym śledztwem?

– Stanęło i się nie rusza.

– Zupełnie jak mój chomik. Kupiłem go żonie, ale zapominała dawać mu jeść.

– Może dlatego, że nie ma pan żony.

– Kompletnie o tym zapomniałem. Tak to jest pracować z wariatami.

– Chyba nie mówi pan o mnie – oburzył się detektyw.

– Nie, o całej reszcie.

– Ale chyba beze mnie? – wtrącił skośnooki blondyn.

– Ani o mnie? – zapytał gdzieś wysoko ponad nimi czarnoskóry policjant.

– Oczywiście, że nie. Kogo dzisiaj nie ma?

– Gilberta.

– Tak, mówiłem o Gilbercie. To on jest wariatem.

– Oj, trzeba mu za to obciąć pensję.

– Tak, nie można tego tolerować. Chyba muszę go wylać. Który to?

– Ten skośnooki Chińczyk.

– Połowa mojego komisariatu to skośnookie Chińczyki.

– To i tak lepiej, niż w sąsiednim mieście. Tam tylko pies policyjny nie jest Arabem.

– O, to może ich pan wszystkich wylać – zasugerował wysoki Afroamerykanin.

– Zgadza się, wyrzucam wszystkich. Nie ma głupiego usprawiedliwiania się, będę nieugięty.

– To niesprawiedliwe. Jestem tylko w połowie Chińczykiem, od pasa w górę – żalił się skośnooki blondyn.

– A ja? Mam robotę do wykonania – powiedział ktoś inny.

– Dobra, dość. Możecie zostać. Kogo dzisiaj nie ma?

– Już mówiłem, że Gilberta.

– To wyrzucę tylko jego. Jestem taki skołowany. Kontynuujmy śledztwo.

– Co mam robić? – zapytał wysoki policjant.

– A co pan dotąd robił?

– Nic.

– To niech pan kontynuuje. A ja z resztą postaramy się złapać zabójcę.

– Przecież mieliśmy iść do domu. Już zamówiłem pizzę.

– A ja prostytutkę na noc. I co z tego?

– Do wieczora jeszcze kilka godzin.

– Mniejsza z tym. Kurczę, nie tak łatwo dopaść tego zabójcę. Powinien kręcić się niedaleko miejsca zbrodni.

– Chciałem zgłosić, że jakiś podejrzany typ kręcił się tutaj, gdy przyjechaliśmy – zameldował jeden z funkcjonariuszy.

– I gdzie teraz jest?

– Złożył zeznanie i wypuściliśmy go.

– Co powiedział?

– Cytuję:” Cha, cha, cha. Jestem zabójcą, nie złapiecie mnie”. O rety, jak to teraz czytam…

– Wypuściłeś groźnego psychola. Pamiętasz chociaż jak wyglądał?

– Miał na twarzy kominiarkę.

– I cię to nie zdziwiło?

– Było zimno. Sam ubrałem się w futro z norek.

– Chwileczkę – wtrącił detektyw. – Ten facet, którego znaleźliśmy miał na twarzy kominiarkę, więc idziemy w złym kierunku. Nie szukamy go, bo już znaleźliśmy.

– W takim razie kogo?

– Tego drugiego zabójcy.

Nagle rozległ się wystrzał i krzyk. Wszyscy rzucili to co mieli w rękach i pobiegli zobaczyć, co się stało.

Gdy detektyw z całą resztą dotarli na miejsce, skąd dobiegł wystrzał, było już za późno. Na ziemi leżał technik policyjny, a nad nim stał Rurk z pistoletem w ręku i dumą na twarzy. Obok niego kręcił się skośnooki blondyn z przestraszoną miną.

– Kto tak krzyczał? – zapytał komisarz.

– Ja. Znalazłem zabójcę. Rurk go zastrzelił – stwierdził skośnooki blondyn.

– On nie ma pozwolenia na broń.

– Zabrał mi pistolet.

– Dobra robota – pogratulował mu komisarz. – Śledztwo zakończone.

– Chwileczkę! Nadal nie wiemy, czy to na pewno nasz technik był zabójcą.

– Jasne, że tak. Ma to wypisane na twarzy.

– Gdzie? Nie widzę śladów długopisu.

– To takie powiedzenie. Facet próbował zatrzeć ślady. Zanim Rurk go zastrzelił, powiedział, że zaatakował zarówno kobietę jak i tego faceta w kominiarce. Przyznał się też do popełnienia wszystkich nierozwiązanych zbrodni z ostatnich sześćdziesięciu lat.

– Ale on mi wygląda najwyżej na trzydziestolatka.

– Pozory mylą. Pewnie był starszy od mojej babci, ale dobrze się maskował. I tak zaraz umarłby ze starości. W dodatku miał przy sobie TO.

Blondyn wystawił otwartą dłoń. Leżała na niej zużyta prezerwatywa.

– Nie, zaraz, mam to w drugiej ręce.

Detektyw przyjrzał się. Ową rzeczą był pierścionek zaręczynowy.

– Chciał się komuś oświadczyć?

– Wyciągnął go z kieszeni faceta w kominiarce. Rurk może potwierdzić.

– Nie przeszukaliście wcześniej ciała?

– Michael miał to zrobić.

– Nieprawda, Peter powiedział, że przeszuka.

– John mówił, że to zrobi.

– Dobra, dość! – zakrzyknął komisarz. – Tak do niczego nie dojdziemy. Nasz biedny technik policyjny. Skończył technikum, a teraz tak skończył. Wszyscy są podenerwowani. Zaraz wystrzelamy się jak kaczki.

– Kaczki nie potrafią strzelać.

– Powiedz to tym gołębiom, które non stop puszczają pociski na mój samochód. Wracając do sprawy… Możliwe, że pozbyliśmy się niewinnego człowieka. Trzeba to zatuszować. Michael, podrobisz odpowiednie dokumenty.

– Tak jest, szefie. Ale czy nikt nie zauważy, ze zaginął?

– Kto jest do niego podobny? Michael, zastąp tego zastrzelonego. Dam ci podwyżkę.

– Niech Gilbert go zastąpi. On ma doświadczenie w aktorstwie.

– Zaraz, to ten, co go nie ma?

– Tak.

– Przecież zwolniłem drania. Albo dobra, zrobię to później. Niech się do czegoś przyda. A co z tym zabójcą? Znaleźliśmy go, czy nie?

– Teoretycznie tak. Dokumenty już prawie podrobione.

– Michael, zapisz to w aktach. Sprawa zakończona.

– Chwileczkę – wtrącił detektyw. – Nie ma stu procentowej pewności, w zasadzie jest stu procentowa niepewność.

– No nie, znów sprawy się komplikują. Co teraz?

– Standardowo, szukajmy zabójcy zabójcy. To chyba proste.

– Mamy trop, ten pierścionek. Trzeba znaleźć męża ofiary. Mógł chcieć się zemścić.

– Męża tego Chińczyka?

– Nie, tej drugiej ofiary.

– Pańskiego brata?

– Nie! Chodzi mi o tę kobietę. Gdzie ona jest?

Wszyscy rozejrzeli się dookoła, ale nie dostrzegli nic interesującego.

– Zniknęła. Pewnie ktoś ją zgwałcił pod naszą nieobecność.

– Tu jestem! – krzyknęła kobieta. Wyszła zza wozu policyjnego.

– Co pani tam robiła?

– Nic, naprawdę. Kilka pompek dla zdrowia.

– Dlaczego ma pani zakrwawione ręce?

– Skaleczyłam się. Wpadłam w krzak róży.

– Na pani sukience jest więcej krwi niż na ubraniu rzeźnika.

– To był duży krzak.

– Aha, ma pani męża?

– Nie. Nikogo takiego sobie nie przypominam.

– Ja mam tak samo z żoną – westchnął komisarz. – To nam komplikuje tę wyjątkowo skomplikowaną sprawę. Już prawie mieliśmy tego męża – zabójcę.

– Czy przypadkiem nie miała pani na palcu pierścionka? – zainteresował się detektyw.

– Tak. Ktoś go zabrał!

– Czy to może pani zguba? – zapytał detektyw, pokazując pierścionek, wyrwany z rąk skośnookiemu blondynowi.

-Zgadza się. Gdzie go pan znalazł?

– Człowiek, który panią zaatakował miał go w kieszeni. Prawdopodobnie ściągnął z palca, gdy panią uderzył. W takim razie zapytam inaczej. Czy ma pani chłopaka?

– Chce pan ze mną chodzić?

– Nie. To znaczy… A zgodzi się pani?

– Oczywiście, że nie. Mam narzeczonego, który dał mi ten pierścionek.

– Szkoda. Oczywiście to było czysto służbowe pytanie. W takim razie, gdy znajdziemy pani kochanka prawdopodobnie zakończymy sprawę.

– Ale on już tu jest…

Do przodu przepchnął się wysoki czarnoskóry policjant. Kobieta sięgała mu nieco powyżej pasa.

– Pedro!

– Lucildo!

Uścisnęli się, słychać było trzask pękających żeber.

– Auu, nie tak mocno – jęknął Afroamerykanin.

– Przepraszam. Gdzie byłeś?

– Patrolowałem teren, upolowałem jelenia. Będzie na kolację.

– Ty jesteś zabójcą? Dlaczego wcześniej się nie przyznałeś? – oburzył się komisarz. – Oszczędzilibyśmy sobie kłopotu.

– Ja? Przecież jest teraz sezon łowiecki. Upolowałem tylko jednego małego jelenia.

– Małego? Ty zboczony kłusowniku.

– Nie no, był taki średni. W zasadzie to nawet duży.

– Jak duży?

– Bardzo duży.

– Załatwiłeś samca alfa, przywódcę stada. Za to grozi grzywna w wysokości trzystu dolarów.

– Trzysta dolarów – szepnął detektyw.

– No właśnie powiedziałem.

– Aha. Myślałem, że pyta pan, ile nam brakuje w tym miesiącu.

– No właśnie. Trzysta dolarów grzywny, płatne w gotówce.

– Zaraz, on zabił także zabójcę i naszego technika – rzucił któryś z funkcjonariuszy.

– Nie, technika zastrzelił Rurk.

– Tamtego zabójcę załatwił ktoś inny – usprawiedliwiał się Pedro. – Mam alibi. Był przy mnie John.

– Nie, ja byłem gdzie indziej. Przy tobie był John.

– No właśnie mówię.

– Chciałem powiedzieć Michael.

– Wcale nie. Ja wtedy spałem. Miałem ciężki dzień. – zaprotestował Michael.

– To pan był wtedy pod drzewem? – zaciekawił się detektyw. – Wziąłem pana za trupa.

– Co prawda jestem blady, ale…

– Więc ma pan alibi. Tylko Pedro nadal go nie ma.

– Czy naprawdę nikt nie widział dwumetrowego Afroamerykanina? – zdziwił się komisarz.

– Patrolowałem teren z Michaelem – powiedział Pedro. – Potem przybiegliśmy na miejsce zbrodni zobaczyć, co się stało. Nad facetem w kominiarce pochylał się Chińczyk.

– Nie Chińczyk, tylko ja – oburzył się skośnooki blondyn.

– Jak w ogóle masz na imię?

– Tsieng Tsa Tsung Mojang.

– Dobra, nieważne. Ten pieprzony Chińczyk stał nad nim i coś wkładał…

– Zboczeniec.

– Włożył mu coś do kieszeni. Kurczę, to był pierścionek, który dałem Lucindzie. W pierwszej chwili tego nie skojarzyłem.

– Co? To nieprawda. Przeszukiwałem tylko ciało.

– Podobno nikt go nie przeszukiwał.

– Nie no, Michael miał to zrobić.

– Wcale nie, bo John.

– Dość! Mam już tego dosyć! Robię sobie przerwę. Kto ma zaparzacz do herbaty?

– Ja, ale nie ma go gdzie podpiąć.

– No tak, jesteśmy w lesie. Dlaczego nie na przykład w elektrowni?

– Tam byliśmy w zeszłym tygodniu. Ukradłem im trochę prądu i wyniosłem w słoiku.

– Racja. Na czym skończyliśmy?

– Chciał pan pić herbatę.

– Tak, ale nie ma zaparzacza.

– Tak naprawdę…

– Cisza! Wracamy do śledztwa. Ten wysoki gość jest winny czy nie? Masz na imię Pedro, tak?

– Zgadza się. Ja tylko zastrzeliłem łosia… Nie! To był jeleń!

– Pomylił się. Bardzo podejrzane. – Rzucił ktoś z tłumu, który zebrał się nie wiadomo skąd.

– To z nerwów, naprawdę.

– Chwileczkę. A Chińczyk?

– Nazywam się… – zaczął blondyn.

– Nie obchodzi mnie to! Podrzuciłeś pierścionek?

– Po co miałbym to robić? Pedro kłamie.

– Kłamie i myli się. To podejrzane.

– Rasiści. Wszystko przez to, że jestem czarny?

– Zostawcie mój skarb w spokoju. On jest niewinny – Lucinda zaczęła bronić ukochanego.

– To Rurk strzelał! – krzyknął ktoś. – On zabił wszystkich!

– Co? Gdzie się podział Rurk? Odpowie za wielokrotne zabójstwo.

– Nic nie zrobiłem – dobiegł skądś głos Rurka.

– Gdzie jesteś? – zapytał zbity z tropu komisarz.

– Tutaj.

Komisarz skierował wzrok w dół.

– Dlaczego leżysz na ziemi?

– Ten pieprzony Chińczyk mnie wywrócił, gdy uciekał.

– Który Chińczyk?

– Ten pieprzony – rzekł niepewnie Rurk.

– Pewnie Michael.

– Hej, to nie ja. To John jest pieprzony.

– Wcale nie, wszystkiemu winien Alfred.

– Kto to jest Alfred?

– Nie wiem, tak rzuciłem bez sensu. Chciałem powiedzieć Gilbert.

– Ten, którego miałem wyrzucić? Jak mógł uciec, skoro go nie ma?

– Chodziło mi o… Tsieng Tsa Tsunga – dokończył powoli Rurk. – Skośnookiego blondyna.

– Uciekł? Winny zawsze ucieka. Łapać drania! – zakrzyknął komisarz i ruszył w pościg, a zanim cała reszta.

– Zaraz! On niczego nie zrobił.

Wszyscy zatrzymali się i spojrzeli na detektywa, który rzucił te śmiałe słowa.

Detektyw chwilę zwlekał z odpowiedzią, aż w końcu rzekł:

– Skośnooki blondyn nikogo nie załatwił, co najwyżej tylko podrzucił pierścionek. Miałem go cały czas na oku.

– Wytrzymałe ma pan to oko. Dlaczego więc uciekał?

– Wytłumaczę później. Według mnie zostają trzej podejrzani. John, Rurk i…

Nagle John wyciągnął broń i przyłożył ją do głowy Rurka.

– Nie ruszać się. Nie chcę nikogo krzywdzić, ale pozwólcie mi odejść.

– Zabiłeś mojego brata? – zapytał zdziwiony komisarz.

– Nie, ale i tak mi nie uwierzycie.

-Masz rację. Proszę w takim razie nie robić głupstw.

– Bo co? Wypuścicie mnie?

– Zastrzelimy jak tylko puścisz Rurka.

– Więc go nie puszczę. Nie ze mną te numery.

– Jakie są twoje warunki? – zapytał komisarz, a po cichu rzucił do detektywa. – Spokojnie, mam doświadczenie w takich sprawach.

– Chcę dwieście tysięcy dolarów i helikopter.

– Ktoś ma drobne? Nikt? No cóż, helikoptera też nie mamy. Możemy załatwić forsę do jutra rano.

– To za długo.

– Dostanie pan jutro pieniądze albo nic dzisiaj.

– W takim razie wybieram nic dzisiaj.

– Okej, czyli po kłopocie? Myślałem, że będzie trudniej.

John puścił Rurka i w tym samym momencie został postrzelony przez komisarza.

– Za co? – jęknął ranny. – Przecież puściłem zakładnika.

– No właśnie. Nie taka była umowa? Zresztą nieważne. To tylko małe skaleczenie.

– Odstrzelił mi pan pół ręki.

– Proszę się nie denerwować i opanować gniew. Nadal nie mamy zabójcy.

– Kto zginął? – zapytała postać stojąca za komisarzem. Był to jego brat, znaleziony w kominiarce na brzegu rzeki.

– Co? Mervin? Skąd się tu wziąłeś?

– Przyszedłem po pieniądze.

– Przecież jesteś martwy.

– Czy to wystarczający powód, by nie oddać mi forsy?

– Pięć lat temu ci wszystko zwróciłem.

– Nieprawda, nie kłam mi tu.

– Zaraz, to pański brat? – wtrącił się detektyw, ale został zlekceważony. Komisarz był wyraźnie rozsierdzony.

– Dlaczego zaatakowałeś tamtą kobietę?

– Przecież jestem zboczeńcem. Nie wiedziałeś?

– Muszę cię zamknąć albo zastrzelić.

– Ja ci zaraz dam, ty fiucie.

– Teraz mnie wkurzyłeś. Przywalić ci?

– O, wal śmiało, stary zgrzybiały dziadu.

Mimo zapewnień komisarz zamiast użyć pięści wyciągnął broń i wystrzelił. Spłoszył tym ptaki, które lecąc narobiły mu na czapkę. Marvin zatoczył się do tyłu i został porwany przez silny prąd.

– Trzeba zanotować, że zginął w walce ze stadem rekinów. Przynajmniej nikt nie będzie zadawał niewygodnych pytań.

– Wygląda na to, że to pan jest zabójcą, którego szukamy – szepnął detektyw.

– Naprawdę? Więc to koniec śledztwa?

– W pewnym sensie. Teraz trzeba jeszcze uzupełnić formalności.

– Mniejsza o to. Wreszcie będę mógł wrócić do domu. Michael podrobi tylko odpowiednie dokumenty. Michael? Michael!

– Chyba ktoś go sprzątnął, panie komisarzu – doniósł Rurk.

Michael zaginął i najpewniej zginął. Znaleźli tylko jego palec. To było bardzo stresujące.

– Czy to na pewno nie jest to, co myślę? – zapytał komisarz.

– Nie, to na sto procent palec.

– Może po prostu komuś odpadł. Nie róbmy afery.

– Podsumujmy, zostało nas siedmioro. Pedro, Lucinda, Rurk, ja i pan oraz jeszcze tych dwóch gliniarzy, którzy i tak zaraz zginą – powiedział detektyw do komisarza. – Ktoś po kolei nas wykańcza, podrzucając coraz to nowsze dowody zbrodni. Jakby chciał się z nami bawić albo zależało mu na tym, byśmy nie odjechali przed zmrokiem.

– Rurk, dlaczego trzymasz w rękach zakrwawioną piłę?

– Znalazłem ją w samochodzie.

– Przecież ty nie masz samochodu.

– W tym należącym do komisarza – rzekł Rurk z tępym wyrazem twarzy.

Wszystkie spojrzenia utkwiły w komisarzu, który zaczął nerwowo przebierać nogami.

– Nie wiem, skąd się tam wzięła. Może ciąłem nią drewno.

– Dlaczego jest na niej krew?

– Musiałem skaleczyć jakiegoś robaka. Chyba że to farba. Ostatnio malowałem mieszkanie, a nie miałem pędzla ani wałka. Lubię czasem poeksperymentować. Niekiedy pracuję jako drwal, dorabiam sobie do pensji.

– Zarabia pan cztery razy więcej od nas.

– Ale ja mam żonę i duży dom.

– Chwileczkę, coś sobie przypomniałem…

Detektyw podszedł do Lucindy, która o mało nie zemdlała. Miał nadzieję, że to nie z powodu jego zapachu.

– Pani wychodziła zza radiowozu, miała zakrwawione ręce.

– Mówiłam już, że…

– Kłamie pani. Czytam z pani twarzy jak z otwartej rozkładówki Playboya.

– Dobrze. Ja to zrobiłam. Bałam się, że skażecie Pedra.

– Dlaczego?

Nagle Pedro wyciągnął sporego gnata i strzelił do dwóch stojących najbliżej gliniarzy. Przezornie ubrali oni kamizelki kuloodporne, ale były chińskie, więc przepuściły wszystkie kule.

– On ich zranił! – krzyknął komisarz. – To jakiś czarnoskóry szaleniec.

– To, że kogoś zastrzeliłem, nie powoduje, że możecie mnie obmawiać. Jesteście rasistami, od początku to wiedziałem.

– Proszę się uspokoić.

– Nic z tego. Wiedziałem, że moja kryminalna przeszłość w końcu wypłynie. Tak, to ja załatwiłem wszystkich.

– Ty rasisto! – ryknął komisarz i rzucił się na Pedra. Ten z rozmachem uderzył go w głowę swoją spluwą.

– Zamknąć się! Teraz to ja dyktuję warunki. Dostałem cynk, że w naszej policji jest psychopata. Domyśliłem się, że o mnie chodzi, więc musiałem działać, bo gliniarze byli na moim tropie. Namówiłem narzeczoną na ten sprytny plan. Miała udawać poszkodowaną, dla niepoznaki walnąłem ją młotem. Musiałem odwrócić uwagę wszystkich i wymyślić zbrodnię tak skomplikowaną, by zeszło wam do jutra rano.

– Czemu akurat tak?

– Cisza! Bo wtedy miałem dostać wypłatę i uciec z narzeczoną zagranicę. Ten zboczeniec w kominiarce pojawił się przypadkiem, więc żeby było ciekawiej jemu też przyładowałem, a potem dopisałem kilka słów w pamiętniku i podrzuciłem pierścionek do kieszeni. Zastrzeliłem technika i przekonałem Rurka, by się do tego przyznał, bo był to groźny zabójca. Potem jeszcze moja narzeczona miała mu uciąć palec i podrzucić dla zmyłki, ale zrobiła to tak nieudolnie, że wszystko się spieprzyło.

– Po co nam o tym, do cholery, mówisz?

– Nie wiem. Mogłem milczeć, ale co by to zmieniło?

– Nie miałbyś procesu z połowy kodeksu karnego.

– No tak. Za późno. Teraz was wszystkich zastrzelę.

– Czekaj. Jeszcze się dogadamy. W dodatku masz tylko dwa naboje.

– Nieprawda.

Pedro wystrzelił trzykrotnie w powietrze.

– I co? Blefowałeś. Były trzy.

– Dobra, brać go!

– Jak? Nadal jest dwa razy wyższy.

– No to co? Czy wszystko muszę robić sam?

Komisarz wstał, by znowu dostać w głowę, tym razem pięścią. Pedro odrzucił pistolet i zaczął uciekać. Nie udało mu się oddalić, bo wpadł w pułapkę na niedźwiedzie, zastawioną przez myśliwego-psychopatę.

– Ha. I co, teraz się nie stawiasz? Już nie jesteś taki wysoki, co?- zaśmiał się komisarz.

– Jasne, że jestem. I nadal mam siłę w rękach.

Komisarz dostał w twarz po raz trzeci, więc się zamknął. Afroamerykanin został pojmany i zapakowany do radiowozu.

– Jestem spóźniony. I co ja teraz powiem żonie?

– Że miał pan pracowity dzień.

– Przynajmniej zdążę jeszcze na spotkanie z dziwkami.

Wsiedli do samochodu i odjechali wąską ścieżką. Po chwili jednak komisarz kogoś potrącił.

– To tylko wiewiórka – powiedział.

– Ale ten koleś nadal leży na masce.

– Już nie leży. To pewnie jakiś pijak.

– Podobny do tego poszukiwanego psychopaty o pseudonimie Kszyk.

– Tym lepiej. Nawet po pracy zwalczam przestępczość.

Eastern

Quedy siedział w podrzędnym saloonie gdzieś na dalekim Dzikim Zachodzie i spoglądał na dziurawe dno swojego kufla. Część drogocennego napoju rozlała się po stole, a potem kropla po kropli skapała w dół i poplamiła spodnie kowboja.– Dlaczego masz dziurawe kufle? – zapytał sprzedawcy.

– Więc mówisz, że kogoś szukasz? – Tamten od razu zmienił temat.

Dochodziło południe, a nie zaplanowano żadnego pojedynku. Mimo to ludzie siedzący w saloonie wyglądali z nadzieją za okno. Quedy miał to gdzieś. Nie przybył tu, by oglądać popisy rewolwerowców.

– Tak, szukam potomków pierwszych zdobywców, czyli chińskich kolonizatorów.

– To znaczy żółtoskórych i skośnookich? Cha, cha. Każdy wie, że pierwszy był Kolumb.

– Dobra, nie gadam z gburami. Nic nie wiesz. Mój szef ma twarde dowody.

– Tak? Ciekawe jakie?

– Nie muszę ci o tym mówić.

Kopia starego woluminu zwanego Księgą Gór i Mórz spoczywała w torbie Quedy’ego. Znajdowało się tam wiele ciekawych informacji dotyczących Nowego Świata, który Azjaci odkryli jeszcze przed Kolumbem. Przede wszystkim jednak była tam mapa prowadząca do skarbu, o którym nikomu się nawet nie śniło. Na razie jednak tylko on o tym wiedział, dla reszty były to tylko nic niewarte bazgroły.

Quedy wstał od stolika i już miał wyjść, ale stwierdził, że nie ma torby. Przecież przed chwilą leżała koło jego nóg. Rozejrzał się i stwierdził, że jeden z grubych wieśniaków ma jego zgubę.

– Hej, oddawaj to, tłuściochu!

– Coś mówiłeś? Bo chyba mi się zdawało.

– Nie masz dzisiaj szczęścia, szmaciarzu. Zabrałeś moje rzeczy.

– A co tam trzymasz? Pamiętnik księżniczki? Chłe, chłe.

Ludzie wstali z miejsc, oczekując wreszcie porządnej dawki emocji, czyli pojedynku rewolwerowców. W tym przypadku można by bardziej mówić o walce wieśniaka z dżentelmenem. Żaden z nich nie miał przy sobie naładowanej broni, co prawda kilka osób było ofiarnych pożyczyć jakiś rewolwer. W końcu taka zniewaga wymagała zapłaty. Quedy miał jednak nieco inne zdanie na ten temat.

– Rudy! – krzyknął.

W wejściu pojawił się wysoki i muskularny facet, którego jedno spojrzenie posadziło na krzesła większą część obecnych. Gwar i podżeganie do starcia ucichły, tylko kilka wielkich much nadal bzyczało, mając gdzieś zamieszanie.

– Jakieś kłopoty, szefie? – zapytał nowo przybyły. Grubas pospiesznie oddalił się w najdalszy kąt, zostawiając nie swoją torbę.

– Nie, już nic – odrzekł kowboj. – Ruszamy dalej.

Wyszli z saloonu na spieczoną żarem ziemię małego miasteczka gdzieś na peryferiach świata. Niektórzy twierdziliby, że pora była odpowiednia na zrobienie jajecznicy na zewnątrz, bo Słońce grzało niemiłosiernie. Mało kto wychodził z domów, dlatego wszędzie panowały pustki.

– Dowiedziałeś się czegoś? – zagadnął Rudy.

– Ludzie nie są zbyt rozmowni, prędzej dogadałbym się z kawałkiem drewna. Większość to gbury i nawet jeśli coś wiedzą, to i tak zachowają wszystko w tajemnicy, dopóki im nie zapłacisz. A mi skończyły się już pieniądze.

– Wiesz co, sam pierwszy raz od ciebie usłyszałem o tych żółtoskórych Indianach. Gdzie teraz?

– Jak myślisz, czy zapuszczanie się na terytorium Indian to dobry pomysł?

– Nie znamy ich języka, prosty angielski tu nie pomoże. To dzicy ludzie. Oskalpują nas, a potem naszymi wnętrznościami nakarmią swoje rodziny.

– Chyba nieco przesadzasz. Nie są ludożercami, na oskalpowaniu poprzestaną.

– Niezbyt mnie pocieszyłeś.

Quedy poznał swojego obecnego kompana, po tym jak został napadnięty i dwukrotnie okradziony zaraz po wyjściu z burdelu. Rudy zaopiekował się nim i dał trochę pieniędzy, w zamian za obietnicę niezwykłych przygód. Niestety forsa szybko się skończyła i obaj byli teraz biedni jak dwie myszy kościelne. Musieli skądś zdobyć nowe środki do życia, dlatego zaczaili się w ślepej uliczce i wypatrywali potencjalnych darczyńców.

– Dobra, widzisz tamtego faceta?Ty go nastrasz, a ja zabiorę mu forsę – powiedział Quedy.

Ich celem był chuderlak z przestraszoną miną. Widać było, że jest nowy w mieście. Rozglądał się dookoła, jakby wszystko go ciekawiło.

– Może pójdziemy do kopalni i zarobimy uczciwsze pieniądze? – zaproponował Rudy. – Wiesz, jeszcze nigdy nikogo nie okradłem. Jestem porządnym człowiekiem.

– Nie, musimy szybko wydostać się z miasta. Mój szef nie będzie czekał całą wieczność na postępy misji.

– To co mam zrobić? Tak po prostu podejść?

– Byle szybko, bo ktoś inny go napadnie.

Rudy nie był przekonany, mimo to ruszył za chudym facetem. W pewnym momencie szturchnął go w ramię. Tamten podskoczył i odwrócił się.

– Co jest? – zapytał.

Rudy nie wiedział, co powiedzieć.

– Przepraszam – bąknął. – Ja… tego… Potrzebuję funduszy na wyprawę za miasto.

Obok niego pojawił się Quedy i splunął. Wziął sprawy w swoje ręce.

– Oddawaj nam forsę, chłoptasiu. Bo zrobimy ci krzywdę.

– Nie, proszę… Nie mam nic przy sobie. Zaraz… To ty, Quedy?

– Nie bierz mnie na litość. Nie wiem, skąd znasz moje imię, ale to na pewno ci nie pomoże.

– To ja, Bill. Uczyliśmy się w jednej szkole.

Quedy westchnął. Akurat musiał trafić na jednego z dawnych przyjaciół. Jak takiego obrabować?

– Dobra, pozwolę ci żyć. Eee… Wiesz, takie żarty robimy sobie z kumplem. Jasne, że od razu cię poznałem. Tylko mam pewien kłopot. Nie pożyczyłbyś mi trochę forsy?

– Chmmm… Mógłbym. Widzę, że marnie wyglądasz. To niebezpieczne miejsce dla ludzi takich jak ty.

– A tobie dobrze się powodzi?

– No pewnie. Jestem właścicielem tutejszego burdelu. Przychodzi dużo klientów, łatwo można skroić leszczy z kasy.

– Ahaaa. Czyli możesz mi pożyczyć?

– Jedną dziwkę?

– Nie no, forsę. Potrzebuję tyle, by kupić zapasy jedzenia i przejazd na terytorium Indian.

– Masz szczęście. Jestem też właścicielem saloonu i kilku dyliżansów. Chodźcie za mną.

Zaprowadził ich do swojego domu, a po niedługim czasie przyniósł napitek i coś do zjedzenia. Usiedli przy stoliku i zaczęli gawędzić.

– Co sprowadza cię w te strony? – zagaił Bill.

– Mój szef zlecił mi pewną misję. Szuka potomków chińskich konkwistadorów. Wedle niejasnych informacji mogą oni znajdować się wśród Indian. Słyszałeś o jakimś żółtoskórym plemieniu?

– Nie pomogę ci , w swoim życiu spotkałem jedynie czerwonoskórych. Za to jutro zaraz z rana jadę w interesach do sąsiedniego miasteczka Vera Ivanta. Mogę cię podrzucić. Niedaleko stamtąd chyba mieszkają jacyś Indianie, są nawet przyjaźnie nastawieni do obcych, ale radzę nie wyciągać przy nich broni. To zachęta do walki. A tak to nie powinni próbować was upiec na rożnie i zjeść. Bo nie mają rożna. Che, che. Spokojnie, to tylko taki żart.

– Z każdym dniem wydaje mi się, że mam coraz mniejsze szanse na odszukanie tych żółtków.

– Czemu twojemu szefowi tak na tym zależy?
Quedy wyciągnął z torby starą księgę i położył ją na stole. Otworzył na stronie, gdzie znajdowała się mapa jakiejś krainy i kilka dziwnych rysunków.
– No cóż… – zaczął. – Istnieją legendy, wedle których gdzieś w Nowym Świecie ukryto wielkie skarby.. Ta mapa jest jednak niezrozumiała bez klucza. Całą nadzieję pokładam w tekście obok. Jest on zapisany w obcym języku, prawdopodobnie Indian z Ameryki Północnej. Kiedy znajdziemy żółte plemię, poznamy odpowiedzi. Przynajmniej tak twierdzi  zleceniodawca.
– Trochę to zagmatwane. Skąd wiesz, że ktoś już nie znalazł tych skarbów?
– A jak myślisz, ilu poszukiwaczy miało tę mapę? Mój szef jest pierwszym właścicielem, oczywiście po Chińczykach.
– Musi ci bardzo ufać, skoro powierzył takie zadanie.

– No pewnie. Wie, że go nie okradnę. Ma duże wpływy, nie chcę robić sobie wrogów.

– Tak się składa, że zarządzam też hotelem. Dam wam pokoje na noc. Kiedyś, mam nadzieję, mi się odpłacisz.

Myślę, że nie.

– Oczywiście. Jestem twoim dłużnikiem. A więc jutro z rana wyruszamy.

– Tak, Dziki Zachód czeka.

Nieoznaczony

Zamykam powieki i widzę ten świat. Świat pełen smutku i pełen wad . Brak w nim radości z tego co jest , brak w nim wolności po myśli kres . Czas tu wciąż pędzi, czas nie zna litości . Gdy ciebie nie ma w sercu żal gości…

Nikomu

Po co żyjemy i dokąd idziemy ?
Na co nam twarze, które zapamiętujemy ?
Po co nam pośpiech i pęd w życiu krótkim ?
Na co nam radości mniejsze niż smutki ?

Nadal trwając w tym pędzie zbrojenia !
Potrzebujemy ogólnego zrozumienia !
Nadal uśmiechając się gdy nas mocno boli !
Potrzebujemy choć chwilę co nas ukoi !

Czemu nie dajemy sobie podać ręki ?
Czym są dla nas samych te wielkie udręki ?
Czemu nieraz honor nas niesłusznie broni ?
Czym są nasze dusze i kto je obroni ?

Codziennie biegniemy za złotymi domami !
Jutro nie zawsze wstaje ze słońca wschodami ?
Codziennie idziemy gdzie nie ma nas !
Jutro też chcę tu być i mieć na to czas…

Kocioł

Na jednym z pięter wieżowca „San Pierre” w swoim gabinecie siedział John. Pracował przy komputerze, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Duży monitor zasłaniał mu wejście, więc byłby nie zauważył wchodzącej osoby. W pomieszczeniu był jednak zamontowany sprytny system oświetlenia, który reagował na otwierające się drzwi. Zapalały się wtedy dwie lampy nad wejściem. Trzeba przyznać, że John lubił pracować po zmroku, za jedyne źródło światła mając jedynie rażący w oczy ekran. Jemu to nie przeszkadzało, a teraz miał okazję przyjrzeć się przybyłej kobiecie, podczas gdy ona na razie widziała tylko zarys jego sylwetki. Była młoda, może trzydziestoletnia, blond włosy zaczesała w koński ogon, na nosie miała okulary, a ubrana była w białą koszulę i krótką spódnicę. Zbliżyła się, a John klasnął w dłonie i zapaliły się pozostałe światła.
– Czy mogę zająć chwilę czasu? – zapytała.
– Jakże mógłbym odmówić tak pięknej kobiecie?
– No więc, mam taką sprawę. Chodzi o pewnego człowieka. Nazywam się Jennifer Bluebird, a on to…
Spuściła wzrok i zaczęła czegoś szukać w małej torebce, której John wcześniej nie zauważył. Wyciągnęła z niej brązową kopertę i położyła na biurku. John sięgnął po nią, przechylił i wysypał zawartość. W środku były jakieś papiery, ale je na razie przesunął na bok, przyjrzał się za to kilku fotografiom. Już pierwsza z nich zwróciła jego uwagę, próbował sobie przypomnieć, skąd kojarzy twarz mężczyzny ze zdjęcia.
-To Anthony Bluebird, mój mąż – dokończyła Jennifer. – Powinien pan go znać.
– Zaraz… Chwileczkę.
Zmarszczył brwi, jakby miało mu to pomóc. Ten facet… No tak, pracowali gdzieś razem przez kilka lat.
– Dobrze, ale czego pani oczekuje? Nie jestem detektywem. Jeśli zaginął…
– Nie o to mi chodziło, bo… wrzucili go do Kotła. – Kobieta dokończyła ze szlochem.
– W takim razie nie rozumiem, czego chce pani ode mnie. To komplikuje sprawę.
W zasadzie ją zamyka – dokończył w myślach. Kocioł był tak jakby ostatecznym rozwiązaniem. Zwykle nikt nie płakał po skazańcach, bo trafiali tam tylko najgorsi przestępcy.
– Ja nadal wierzę w pana i resztę – powiedziała Jennifer. – Proszę mi pomóc, zapłacę, ile będzie trzeba.
– To nie kwestia ceny, tylko możliwości. Jestem prostym urzędnikiem.
– Ma pan znajomości. Przecież pod tym budynkiem znajduje się Kocioł.
– Wie pani co, mogę tylko szepnąć słówko pewnym osobom. Nie mam pojęcia, czy to coś da, bo nie słyszałem o przypadkach powrotu stamtąd. Pewnie ciężko jest nawet dokładnie ocenić, dokąd pani mąż trafił.
– Naprawdę będę wdzięczna za jakąkolwiek pomoc. On jest niewinny, udało mi się zgromadzić wiele dowodów, ale obawiam się, że faktycznie jest już za późno. Trudno, przynajmniej się starałam. Tu jest część, jeśli się uda dostanie pan drugie tyle.
Ponownie na biurku pojawiła się koperta, tym razem nieco grubsza. John na razie po nią nie sięgał, bo wiedział, co się w środku znajduje. Był tym lekko zdziwiony. Odchrząknął i popatrzył prosto w jasnoniebieskie oczy Jennifer. Nie odwróciła wzroku. Jest piękna, przemknęło mu przez myśl.
– No tak, więc zobaczę, co da się zrobić Jak mówiłem to zadanie przekracza moje kompetencje. Muszę się przyjrzeć lepiej tej sprawie, żeby przypadkiem nie wypuścić jakiegoś groźnego przestępcy.
Zaśmiał się, ale Jenifer zachowała kamienną twarz.
– Bardzo dobrze pana rozumiem – powiedziała. – W dokumentach, które przyniosłam ma pan kopie wszystkich zebranych przeze mnie dowodów w sprawie. Proszę się im przyjrzeć, na pewno przyzna mi pan rację.
– A o co go oskarżono?
– Wszystko jest w dokumentach.
Kobieta wstała i zaczęła zbierać się do wyjścia. John chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zrezygnował. Kiwnął tylko głową na pożegnanie i patrzył jak Jennifer odchodzi, kołysząc biodrami. Gdy już opuściła gabinet, przejrzał pobieżnie dokumenty i nie znalazł tam nic konkretnego. Jakieś tabelki, analizy finansowe, wykresy. Wynikało z tego tylko tyle, że Antony był wmieszany w malwersacje podatkowe, a może i większe przekręty. Co prawda John nie sądził, żeby był to wystarczający powód na skazywanie kogoś na Kocioł, ale widział już różne przypadki. Pewnie facet wplątał się w członkostwo w mafii i postanowiono się go pozbyć. Trudna sprawa. Co innego wyciągnąć kogoś z wiezienia, ale z Kotła po prostu się nie dało. Sam nie widział nigdy tej wielkiej machiny w podziemiach, ale dużo o niej słyszał. Spotkał kilku więźniów, których tam prowadzono i byli oni przerażeni, zdani tylko na siebie.
Nie miał dostępu do bazy wszystkich skazańców, postanowił jednak wklepać imię i nazwisko Bluebirda w wyszukiwarkę. Wyskoczyło kilka wyników, większość była utajniona. To musiała być gruba afera, bo poszukiwanego nie znalazł na liście.
Wstał z fotela i szybko opuścił swój gabinet, zamykając drzwi na klucz. Czekała go trudna rozmowa z facetem, którego nie lubił, Mickiem Winfreyem. Niechęć ta wynikała głównie z faktu, że tamten miał nieprzeciętnie wysoki iloraz inteligencji i często przechwalał się swoją matematyczną wiedzą.
John zjechał windą do podziemi. Tam mieściły się kwatery naukowców i sam Kocioł. Dostęp do tego poziomu mieli nieliczni pracownicy, on posiadał ten przywilej. Szef go cenił, głównie za sumienność i staranność, dodatkowo często grywali w pokera i znali się z dawnych lat.
Na szczęście w pomieszczeniu, do którego zmierzał nie było Micka, tylko jego mniej rozgarnięty zastępca, Phil. Nie powinno być z nim problemu, zwłaszcza, że także lubił karty.
– O, John! – ucieszył się Phil. Jego robota należała do nudnych, ale odpowiedzialnych. Przed każdym uruchomieniem Kotła musiał sprawdzać, czy wszystkie elementy są sprawne i nie ma żadnych nieprawidłowości. Automat z kawą pewnie pożarł niezliczone monety Phila, bo ten był uzależniony od kofeiny. Zresztą nie tylko od tego.
– Co cię tu sprowadza? – kontynuował. – Dawno nie zaglądałeś. Mam chwilową przerwę w robocie, na razie żadnych więźniów.
– Przyszedłem, z delikatną sprawą, nie do końca związaną z moją pracą. Była u mnie pewna zrozpaczona blondynka. Wygląda na to, że popełniliśmy błąd i wrzuciliśmy niewłaściwego człowieka, jej męża.
– Czasami tak się zdarza, ale nie uważasz, że jest już za późno? Nawet choćby był niewinny, teraz niewiele można już zrobić.
– A jednak jest coś, tak? Słyszałem o procedurze awaryjnej.
– Chłopie, to ostateczna ostateczność. Nie można ot tak, dla zwykłego człowieka, wyczyniać cudów. W dodatku muszę mieć pozwolenie Mike’a lub szefa. To twój znajomy, czy jak?
– Kolega z wcześniejszej pracy. Dobra, nieważne, byłem tylko zapytać. Wiedziałem, że to na nic.
-Zaczekaj, nie powiedziałem, że się tego nie podejmę. Jak się ten koleś nazywa?
– Antony Bluebird.
Phil zaczął stukać w klawiaturę, mrucząc coś do siebie. W końcu powiedział:
– Dziwne, nie mam dostępu do tych danych.
– Jak to możliwe?
– Szef to zablokował. Sprawa zamknięta, przynajmniej na to wygląda. Musisz przekonać do swoich racji więcej osób. Chyba że… Masz ochotę działać na granicy prawa? Nalegasz bym obszedł pewne procedury.
– Eee… Nie wiem. Lepiej nie. Sam wiesz jak jest.
– Dokładnie. Korupcja kwitnie, mało można już spotkać uczciwych obywateli. Wiesz, że od zawsze byłem wrogiem systemu. Zatrudniłem się tutaj, ale to, co napotkałem po drodze… Kocioł nie rozwiązuje wszystkich problemów. Ten twój znajomy nie jest pierwszym niesłusznie oskarżonym. Kto podpadnie władzom, wpada bez procesu. I według nich jest po sprawie. Chyba pora z tym skończyć raz na zawsze.
– Co masz na myśli?
– Zniszczę Kocioł. Odpowiadam za sprawdzanie wszystkiego. Udam, ze coś przeoczyłem i będzie po sprawie. Nieoczekiwane awarie czasem się zdarzają.
Mimo że Phil ściszył głos, John rozejrzał się z obawą. W pobliżu nikogo nie było, ale nawet puste groźby mogły pozbawić ich pracy. Wystarczyło, żeby dotarło to do niewłaściwych uszu.
– Co ty gadasz? Do niczego takiego cię nie namawiam. Wiesz co, lepiej zostawmy tę sprawę.
– Za późno. Zrobię to z tobą lub bez ciebie. Powstanie takie zamieszanie, że nikt nie zauważy jak wyciągnę twojego kumpla.
– A uda się to w ogóle? Przed chwilą mówiłeś…
– Będzie trudno, ale to bardzo możliwe. Mój plan ciągle kiełkuje, zmienia się. A potem koniec tego zbrodniczego procederu. Spróbuję pokombinować, żeby wina spadła na Mike’a. Tylko wydaje się taki mądry, wrobię go jak młokosa. Zobaczysz. A teraz wybacz, muszę jak najszybciej namierzyć tego twojego kumpla.
John chciał jeszcze próbować wyperswadować koledze z pracy te dziwne i szaleńcze plany, ale usłyszał kroki, a po chwili do pracowni wszedł Mike, rozczochrany jak zwykle.
– Co tu robisz, gogusiu? – zwrócił się do Johna. – Sprowadzasz moich pracowników na złą drogę?
– W żadnym razie – odparł tamten, wiedząc, że nieco mija się z prawdą. – Przyszedłem tylko po pewne informacje.
– Tak? I co, otrzymałeś je?
– Oczywiście, potem pogadaliśmy chwilę z Philem o życiu.
– Aha. Chyba zapomniałeś, że ze wszystkim masz się zwracać do mnie, a nie mojego podwładnego. O co chodziło?
– Takie tam nic ważnego. Kilka rzeczy mi się w zestawieniu nie zgadzało.
Mike musiał wyczuć, że jego rozmówca kłamie w żywe oczy, ale przeszedł obok niego i usiadł przy swoim biurku, nie odzywając się więcej. John stwierdził, że najwyższa pora się zmywać, zrobił, co należało, a może nawet trochę za dużo. Wyszedł z pracowni na korytarz. Po prawej na samym końcu znajdowało się przejście do Kotła. Tamtędy prowadzono skazańców na wieczny niespoczynek. Obok w ciemności stała jakaś postać. Poruszyła się, a wtedy padł na nią blask jednego z monitorów pokazujących stan urządzeń i John rozpoznał, że to jego szef, Frank, groźnie mu się przyglądający. Zbliżył się i stanął twarzą w twarz ze swoim pracownikiem.
– Każde pomieszczenie ma monitoring, a rozmowy są nagrywane. Twoja z doktorem Philem również.
– W takim razie wie pan, że to nie moja wina. Phil oszalał, do niczego go nie namawiałem.
– Chce zniszczyć Kocioł. Co o tym sądzisz?
– Ja? Wiadomo, że to coś niedopuszczalnego. Skoro pan o tym słyszał, czemu nie reaguje?
– Na razie to tylko czcze gadanie. Poczekamy trochę, aż doktorek spróbuje włamać się do systemów, a wtedy dopadniemy go na gorącym uczynku. Kocioł jest dobrze zabezpieczony, byle wypierdek nic nie zrobi. Zastanawia mnie tylko jedna rzecz. Kim jest ten Antony Bluebird?
– Sam pan zablokował informacje o nim. To mąż pewnej kobiety…
– Która wyraźnie wpadła ci w oko i dała hojny napiwek. Tak, to też widziałem, ale żadnych informacji w bazie nie blokowałem. Musiał to zrobić ktoś inny. Pewni ludzie za bardzo wtykają nos w nie swoje sprawy. Muszę zobaczyć te dokumenty, które tamta kobieta ci zostawiła. Niech doktor Phil się męczy, ale na dziewięćdziesiąt procent nic nie osiągnie. Co prawda każdy skazaniec otrzymuje nadajnik, ale gdy rzuci go za bardzo wstecz, odczyt jest utrudniony. Coś jak z sygnałem komórkowym. Prawdę powiedziawszy nie znam się na tym. Gdyby moi naukowcy robili mnie w konia, nawet bym się nie zorientował. To bystre chłopaki. Aż setka z nich pracowała przy budowie Kotła, w czasach, gdy jego prototypy nazywano wehikułami czasu. A potem pierwsze króliki doświadczalne przepadły i stwierdzono, że to coś, czego nie można kontrolować. Zresztą po co ja ci to mówię? Na pewno znasz tę historię.
– Tak narodził się pomysł wrzucania tam tych najgorszych z najgorszych, wszystkich, których nie dało się naprawić. A teraz teoria rozmija się z praktyką, czego przykładem może być Antony Bluebird.
– Chodźmy więc to sprawdzić – zakończył szef.
Gdy dotarli pod gabinet okazało się, że coś jest nie tak. Drzwi były otwarte, a John był pewny, że nigdy nie zapomniał by ich zamknąć. Potem okazało się, że dokumenty, pieniądze i zdjęcia zniknęły. John przetrząsnął wszystko i nigdzie ich nie było.
– Ale jak to możliwe? Co z czytnikiem?
– Wydaje mi się… Ktoś obszedł zabezpieczenia, wszedł do twojego biura i zabrał dowody.
– No i forsę. Zaraz, przecież są tu kamery. Sprawdźmy nagranie.
Udali się do pomieszczenia z zapisami z kamer. Technik obsługujący monitoring cofnął do chwili, w której John opuszczał swój gabinet. Chwilę potem w środku znalazła się znana mu blondynka. Szybko podeszła do biurka i zabrała do torebki wszystkie dokumenty i kopertę z pieniędzmi. Dobrała się także do szuflad i jakiś czas w nich buszowała. John wiedział, co tam było. Zamknięty na szyfr pojemnik, który szef dał mu do przechowania.
– Zabrała kody – szepnął. – Zapomniałem o tym. To wszystko była tylko przykrywka, zyskała na czasie.
– Muszę coś sprawdzić – powiedział szef. Wyglądał na zdenerwowanego. – Zostań tutaj.
Wtedy John coś sobie przypomniał, był to tylko chwilowy przebłysk. Ten jego dawny znajomy. On wcale nie nazywał się Antony. Kobieta pokazała zdjęcie i uwierzył, dał się nabrać. Dokumenty zniknęły, najpewniej podrobione i niezgodne z prawdą. Jeśli w grę wchodziła grubsza afera, facet, którego Phil miał wyciągnąć, mógł wcale nie być niewinny. A może w ogóle się nie liczył.
Nagle w ciszy, która zapadła, rozległ się odległy dźwięk. Powoli nabierał on mocy i John zrozumiał, co to. Alarm. Wtedy też odebrał telefon od szefa.
– Myliłem się. Oni nie chcieli zniszczyć Kotła. Moje kody też zniknęły. Jaki ja byłem głupi. Phil współpracował z nimi przez cały czas. To ta grupa terrorystów wałczących swoje wydumane ideały. Odwracali naszą uwagę pierdołami. Uciekaj stamtąd jak najszybciej! Zaraz wszystkich nas wciągnie! Cała reszta przepadnie, trafi na śmietnik historii.
John już biegł, mało z tego rozumiejąc. Szybko wskoczył do windy i wybrał parter. Machina wolno ruszyła w dół, w jego mniemaniu wlokła się jak ślimak. W pewnym momencie stanęła i John był pewny, że to koniec. Zwłaszcza, że gdzieś z dołu cały czas dobiegał głośny hałas, jakby Kocioł po raz pierwszy pracował na pełnych obrotach. Na szczęście dojechał do parteru, ujrzał wyjście na zewnątrz, przy którym tłoczyło się wiele osób. Zaczął się przeciskać między pracownikami, ale szło to z trudem. Większość z nich również chciała się jak najszybciej wydostać. John przeczuwał, że zaraz stanie się coś bardzo niedobrego, huk narastał. Wreszcie udało mu się wyjść na świeże powietrze, nie był jednak bezpieczny. Rzucił się do biegu, starając jak najbardziej oddalić od wieżowca. Już myślał, że mu się udało, ale wtedy nastąpił gwałtowny wstrząs i wszystko przykryła biała mgła. Nie wiedział, dokąd iść, bo nic nie było widać. W pewnym momencie rąbnął o coś głową i stracił przytomność.

Kilka godzin po incydencie, szef Frank oglądał relację z katastrofy w telewizji. Właśnie grupa dziennikarzy natarczywie chciała wydobyć informacje z jednego z ocalałych Johna Wilsona. Jak na razie wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że za zamach odpowiada radykalna grupa „Lost Patriots”, która chciała zniszczyć Kocioł i cały zarząd.
Frank wyłączył telewizor. Wszystko poszło zgodnie z planem. Odwrócił się do stojącego za nim siwowłosego faceta, który się uśmiechał.
– Widzisz, Frank? Mówiłem, że się uda, a winę zwalą na tych bojówkarzy. Udało nam się przeprowadzić ten eksperyment, jakże ważny dla wszystkich.
– Straty są za duże. Myślałem…
– Nie martw się, wszystko odzyskasz. Zobaczysz, że było warto.
– Czas pokaże.

Niobe

Miała Niobe siedmiu synów
Siłę łona swego
Siedem włóczni, siedem ostrzy
Pośród armii Teb

Miała Niobe siedem córek
Piękno łona swego
Siedem pąków, siedem kwiatów
Pośród łąki Teb

Siedmiu synów, siedem córek
Dookoła stołu
Krew Amfiona, jego ciało
Tysiąc kości Teb

Cześć i chwała płodnej Niobe
Urodzajnej ziemi
Wszak czternaście plonów dała
Dla spichlerza Teb

Lecz uważaj, strzeż się Niobe
Lato jest dziś mściwa
Łuk do ręki dla jej dzieciąt
Symbol smutku Teb

Siedmiu synów, siedem córek
Wokół plamy krwi
Pycha to początek śmierci
Śmierć jest panem Teb

Miała Niobe siedmiu synów
Zguby pomazańców
Siedem strzałów, siedem krzyków
Spadła siła Teb

Miała Niobe siedem córek
Klęski ukochane
Siedem bełtów, siedem wrzasków
Spadło piękno Teb

O Latono, żalu matki
Tyś jest dziś przyczyną
Twój to syn wraz z twoją córą
Zemstą są dla Teb

O bogowie, litościwi
Skróćcie jej cierpienia
W kamień zmieńcie ciało Niobe
Wieczny posąg Teb

Wieki miną, czas upłynie
Kamień nie skarleje
Niechaj wszystkim przypomina
Miłość matki Teb